To ten wyjątkowy moment w poznańskim kalendarzu, gdy można z kulturami świata nie tylko obcować, ale również je usłyszeć. Festiwal Ethno Port po raz dziewiętnasty ugościł artystów z najdalszych długości i szerokości geograficznych. Rok przed jubileuszową edycją wydaje się, że festiwal jest silny jak nigdy (lecz artyści głodni jak zwykle).
Stringed Compass (fot. Hanna Adamczyk)
Od skrajności w skrajność – dzień pierwszy
Ethno Port Festival otworzył w tym roku Kimmo Pohjonen, wraz z poznańską Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia AMADEUS. Był to bardzo miły powrót po latach – Kimmo wystąpił na pierwszej edycji Ethno Portu, 19 lat temu. Jak sam twierdzi, z tamtym występem wiąże dobry sentyment.
Mam dobre wspomnienia z występu sprzed dziewiętnastu lat i super było tu wrócić, zwłaszcza, że znam organizatorkę, panią Bożenę Szotę. Mam również przyjaciół w Polsce. Było wspaniale tu wrócić z nowym projektem i zagrać go z lokalną orkiestrą – mówi Fin.
Kiermasz na Festiwalu Ethno Port 2026 (fot. Hanna Adamczyk)
Również i tegoroczny koncert był wypełniony energią, choć nie zawsze bezpośrednio pozytywną. Pierwsza kompozycja, którą wykonał, przywołała obrazy piekła. Awangardowa, nieszablonowa, wymykająca się schematom – tak również można opisać cały dorobek Fina. Już w 2002 roku wyłapał go sam David Bowie, który zaprosił go na własny Meltdown Festival. Sam zresztą wspominał, że Pohjonen jest jego idolem. Kimmo uczył się z fińskich pieśni folkowych, jednak to mu nie wystarczyło. W młodości wyjechał do Argentyny, by uczyć się gry od Astora Piazzoli. Bez niego tango nie stałoby się jednym z najpopularniejszych stylów tanecznych na świecie.
Pohjonen opowiada – Kierowaliśmy się wieloma inspiracjami. Siedemdziesiąt minut muzyki, jest tam sporo motywów, wojna, zmiany klimatu, człowieczeństwo, to długa historia.
Warsztaty z irańskim zespołem Rastak, na zdjęciu tradycyjny instrument – kanun (fot. Hanna Adamczyk)
Mimo eksperymentalnych powiązań, uśmiech nie schodził z twarzy Pohjonena podczas gry. Czysta radość, ale również i pasja z dozą szaleństwa. W najbardziej ekstrawaganckich momentach Pohjonen wił się po scenie jak Gollum z Władcy Pierścieni z „cyją” zawieszoną na szyi. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Występ Fina spotkał się z podwójnymi oklaskami na stojąco ze strony publiczności oraz ze wzruszającą reakcją samych organizatorów.
Mamy dobrą energię na scenie. O to chodzi, by stworzyć atmosferę i przekazać ją tłumowi. Tłum z kolei oddaje tą energię artystom na scenie, co jest świetne.
Centrum Kultury Zamek (fot. Konrad Czapracki)
Pierwszy dzień festiwalu, choć krótki, epatował wigorem. Drugi i ostatni występ zaliczyła polsko-białoruska grupa Hajda Banda. Podlascy folkowcy nie bawią się w półśrodki i grają tak, jak grywano kilkadziesiąt, czy kilkaset lat temu. W swojej twórczości wykorzystują tradycyjne instrumenty i biały śpiew. Ethno Port Festival zadbał o wiele miejsc siedzących na widowni, jednak Hajda Banda postanowiła złamać konwenanse i zaprosić tłum do tańca. Komu potrzebny jest mosh pit czy pogo pod sceną, gdy wspólnie można zatańczyć poloneza i kujawiaka?
Jesteśmy festiwalem społecznym, międzypokoleniowym, rodzinnym, ale przede wszystkim wszystkim muzycznym. I każdy artysta i artystka, który występuje na festiwalu jest dla nas równie ważny – przekazała organizatorka, Bożena Szot.
Tłumy na Dziedzińcu Zamkowym (fot. Hanna Adamczyk)
Ethno Port na wyższym biegu – dzień drugi
Choć moje możliwości obecności na Ethno Port w piątek były ograniczone, popołudnie w Zamku nadal udało mi się spędzić ciekawie. Pierwszym wydarzeniem, które odwiedziłam były warsztaty muzyczne dotyczące muzyki irańskiej. Prowadził je wprawiony w boju zespół Rastak, powstały w 1997 roku. Początkowo Irańczycy grali awangardowo, inspirowani rodzimą kulturą, z czasem jednak przerzucili się na… kronikarstwo. Z pasją zbierają wiedzę o muzyce Irańczyków (oraz niegdysiejszych Persów) i irańskich mniejszości etnicznych: Kadżarów, Turkmenów i Beludżów.
Warsztaty z irańskim zespołem Rastak (fot. Hanna Adamczyk)
W CK Zamek Rastak przedstawili pobieżną instrukcję obsługi instrumentów, takich jak kemancze, czy kanun – odpowiedniki europejskich skrzypiec oraz cytry. Muzyka Iranu różni się od tej pochodzącej z Europy Zachodniej i Centralnej już u samych podstaw – istotną rolę pełni wszechstronność samego wykonawcy, który w swoich instrumentach może z dużą dokładnością dostosować skalę i interwały pomiędzy dźwiękami oraz wprowadzać elementy mikrotonalne (dźwięki wychodzące poza znane w Polsce i świecie europejskim skale dur-moll). Sam zespół podkreślał, że obsługa rodzimych instrumentów do najłatwiejszych nie należy.
Vigüela (fot. Hanna Adamczyk)
Drugim wydarzeniem był z kolei koncert zespołu Vigüela. Hiszpanie szczycą się autentycznością swojej gry – usłyszycie u nich tradycyjne flamenco, czerpiące z ich terenów rodzimych Kastylii i La Manchy – regionów Hiszpanii powiązanych historycznie i kulturowo ze stolicą, Madrytem. Jednak ta autentyczność nie ogranicza się tylko do odtwarzania hiszpańskiej kultury. Na ich koncercie można było również usłyszeć dużo muzyki rodem z Andaluzji – krainy położonej najbardziej na południe Półwyspu Iberyjskiego, która była przez blisko pół milenium pod kontrolą kalifatu, aż do czasu rekonkwisty w XV wieku. Wpływy muzyki arabskiej są nieodłącznym elementem flamenco i były możliwe do wychwycenia również podczas występu w Poznaniu. Flamenco to jednak nie tylko podtrzymywanie kultury Kastylijczyków – to również muzyka towarzysząca rodzinnej wspólnocie, tworząca społeczności i łącząca ludzi w swojej prostocie oraz tematyce. Podobnie jak na koncercie Hajda Bandy, publiczność wspólnie zjednoczyła się, by wspólnie klaskać w rytm wygrywany przez kastaniety.
Stringed Compass (fot. Hanna Adamczyk)
Z Afryki do Podlasia – dzień trzeci
Jeśli drugi dzień był zmianą biegu na wyższy, to trzeci dzień Ethno Portu oznaczał wciśnięcie gazu do dechy. Serię najbardziej wyczekiwanych koncertów rozpoczął Stringed Compass, relaksujące połączenie dwóch światów – muzyki Syrii i Kolumbii. Relaks uczestników został jednak zaburzony po drugim koncercie tamtego wieczoru. Na Dziedzińcu Zamkowym zaprezentował się zespół Alameda, a towarzyszył im pochodzący z Burkina Faso Noums Dembele. Alameda od lat zaskakuje zarówno krytyków, jak i słuchaczy oraz unika zaszufladkowania. Zaczęli od industrialnego grania, a przeszli do tworzenia elektroniki, i to nie byle jakiej. Swoje największe inspiracje czerpią obecnie z południowoafrykańskiej odmiany house’u gqom oraz z wywodzącej się z tradycyjnej muzyki angolskiej batidy. Noums Dembele dodał z kolei do tego miksu swoją rodzimą kulturę. Na scenie sekstet brzmiał pozytywniej i przystępniej niż dotychczas, a Noums grał na korze reprezentując muzykę ludów Mandinka.
Noums Dembele (fot. Hanna Adamczyk)
Staram się grać w swoim własnym, unikalnym stylu i poznawać nowe odmiany muzyki. Oczywiście jednak, inspiruję się również tradycyjną muzyką – opowiada Noums.
Alameda nie planuje zatrzymywać się na muzyce Angoli, RPA i Burkina Faso. Kuba Ziołek, Łukasz Jędrzejczak i Rafał Iwański mają swoje horyzonty ustawione całkiem daleko.
Łukasz Jędrzejczak, cżłonek Alamedy (fot. Hanna Adamczyk)
Ja lubię pojęcie „muzyki ludu”. To, co lubi słuchać lud, to chce się też grać. Nie możemy wytłumaczyć tego tak konkretnie, ale czujemy, że robimy to, co trzeba. – mówi Rafał Iwański, perkusista Alamedy. – (…) Interesują mnie głównie takie bogate kraje, takie miejsca świata, gdzie ścierają się różne kultury od wieków, przenikają i tworzą się nowe hybrydy. My, jako Alameda, też jesteśmy taką hybrydą.
Cały wywiad z zespołem Alameda możesz przeczytać tutaj.
Prawdziwą gwiazdą wieczoru (a być może największym występem całego festiwalu) był koncert Sw@dy x Niczos w sobotę o 21:30. Był to chyba jedyny koncert na całym Ethno Port, który odszedł od rodzinnej, wspólnotowej atmosfery reszty występów. Leżakujących pod sceną widzów zastąpił wypełniony po brzegi parkiet Dziedzińca Zamkowego. Podlasianie nie zawiedli fanów, zagrzewając tłum do tańca – w pewnym momencie można było zacząć się martwić o stan podłogi w namiocie. Pomimo małego katalogu, Sw@da i Niczos dali występ trwający blisko półtorej godziny. W tym roku poza Ethno Portem wystąpią na serii dużych festiwali, między innymi na Open’erze i Off Festivalu. Ich popularność zaczęła się po tym, jak byli bardzo blisko wygrania polskich preselekcji do Eurowizji, jednak musieli uznać wyższość Justyny Steczkowskiej. Duet ze wschodu kraju nie zamyka się jednak ze swoimi projektami.
Sw@da x Niczos (fot. Hanna Adamczyk)
To jest taka współpraca, której ja się na pewno nie spodziewałam, że w ogóle można połączyć takie rzeczy, ale przyszło to dosyć naturalnie. Staramy się łączyć te światy cały czas, czy to świadomie, czy może mniej świadomie – mówi Niczos w rozmowie z Radiem Meteor.
Co w opinii Niczos łączy ten projekt?
Z jednej strony szaleństwo, i żeby totalnie każdy się czuł swobodnie oraz jechał jak czuje, a z drugiej strony trochę takiej magii, trochę takiego rytuału, że można się zatopić w dźwiękach białego śpiewu.
Sw@da x Niczos (fot. Hanna Adamczyk)
Deszczowe pożegnanie Festiwalu Ethno Port – dzień czwarty
Ostatni dzień nie rozpieścił pogodą, jednak widzowie tłumnie udali się do przestrzeni w CK Zamek. Wiele jazzowych inspiracji zaserwował w Sali Wielkiej Kujawski Ansambl. Całość ich występu była poświęcona postaci Anny Jachniny – dziennikarki, która poświęciła swoją działalność udokumentowywaniu kultury wsi oraz między innymi ich muzyki. Sam Ansambl w dwunastoosobowym składzie łączył smyczki z nowoczesnymi perkusjami i syntezatorami.
Cheikh Lô (fot. Hanna Adamczyk)
Ulewa opóźniła koncert Cheikha Lô z Senegalu, jednak nie zaburzyła go. Legenda senegalskiej muzyki, urodzona w Burkina Faso, od lat 90. przedstawia muzykę z gatunku mbalax. To styl popularny w rejonie Senegambii, który łączy muzyczne tradycje zachodu Afryki z muzyką dorzecza Konga, Kuby oraz współczesnym soulem i jazzem.
Niesprzyjająca pogoda nie przeszkodziła widzom w Parku Mickiewicza (fot. Hanna Adamczyk)
Ostatni koncert na Ethno Port Festival zaserwował widzom prawdziwą bombę. Wydarzenie zakończyła grupa AZMZ, na którą składa się chór Bnat Louz oraz elektroniczny projekt Raskas. Marokańczycy przynieśli ze sobą muzykę rodem z najodleglejszych zakątków Sahary – ich gatunek to achwach, tradycyjny styl muzyczny Amazygów (niegdyś nazywanych Berberami), łączący polifoniczne chóry oraz skomplikowane partie rytmiczne. Główną cechą achwach jest jednak niesienie ze sobą poczucia jedności. To motyw, który szczególnie często przewijał się przez cały festiwal Ethno Port, widoczny pod postacią rodzin z dziećmi wypoczywających na parkietach pod scenami wielu występów oraz osób niepełnosprawnych będących częścią widowni na równych zasadach, dzięki ułatwionej dostępności wszystkich ze scen w Centrum Kultury Zamek.
Chór Bnat Louz, występujący wraz z Raskas jako AZMZ (fot. Hanna Adamczyk)
Skoro tyle emocji towarzyszyło tej edycji Festiwalu Ethno Port, myślę, że wielu fanów (słusznie) nie może się doczekać przyszłorocznej, jubileuszowej 20. edycji festiwalu. Wszystkim zainteresowanym pozostaje jednak tylko oczekiwanie na to, aż zobaczymy się ponownie w 2027 roku!
Posiadaczka niezdrowej obsesji na punkcie post-punku i szwedzkiego emo. Staram się odkrywać muzykę z każdej strony. Kiedyś będzie tworzyć własną, na razie o niej opowiada. Wierzy, że każda odmiana muzyki może być fantastyczna - jest to tylko kwestia znalezienia tego jednego, genialnego albumu z danego stylu.
Rok 2022 dobiega końca, a te najbardziej wyczekiwane gry opuściły już taśmę produkcyjną i trafiły do sklepów. Na podsumowania z pewnością przyjdzie […]