
Na mundial jadą wszyscy. Kurakao, Haiti, Uzbekistan. Państwa, które ledwo widać na mapie. Takie, których większość Polaków być może nawet nie kojarzy. Można się śmiać, że na Mistrzostwa Świata jedzie każdy, tylko nie Polska i Włochy. To oczywista hiperbola, ale celnie wskazująca na mnogość i egzotyczność reprezentacji, które w USA, Meksyku i Kanadzie zagoszczą. Niby piłkarskie święto. U większych i mniejszych pasjonatów futbolu uruchamia się ten dzieciak. Dokładnie ten, który kolekcjonował piłkarskie karty, wyklejał albumy naklejkami z piłkarzami. Patrzył maślanymi oczami na Cristiano Ronaldo czy Lionela Messiego i podziwiał, jak ci panowie, do licha, tak doskonale, niemal do perfekcji, opanowali tę grę. Oglądasz piłeczkę, czytasz, szukasz nowych nazwisk, delektujesz się każdym łuśnięciem piłki, jesz czipsy, pijesz colę. Życie staje się prostsze. Tak powinno być, ale są tacy, którzy chcą nam to zabrać. I niestety, dysponują ku temu narzędziami.
Mundial ociekający obrzydliwym bogactwem
Mundial bez względu na wszystko będzie budzić autentyczne, piłkarskie emocje. Tak było przecież przed czterema lata, gdy gospodarzami mistrzostw świata był Katar. Ogrom restrykcyjnych zasad, rozpaczliwe warunki pracy imigrantów pracujących nad budową stadionów, które podobnie jak wszystkie wysokie, błyszczące, srebrne i złote budynki unoszące się w Dosze miały charakter, najzwyczajniej w świecie, świątyń przepychu. Kuriozalnym była także data rozgrywania wielkiego turnieju. Mistrzostwa rozegrano w grudniu. O mundialowy klimat, jakkolwiek zdefiniujemy to pojęcie, było, mówiąc eufemistycznie, bardzo trudno. Wydawało się, jak głosi znana wszystkim polskim kibicom śpiewka, że już za cztery lata, już za cztery lata… wróci normalność lub chociaż jej pozory.
Bo mundial nie jest rozgrywany na peryferiach futbolu. Wiadomo, w USA są sporty cieszące się dużo większym uznaniem, ale jest to kraj, który w dziejach piłki nożnej miał co najmniej kilka zdań do wypowiedzenia. Jest Meksyk, który z mistrzostwami kojarzy się nieodłącznie, w końcu od mundialu w 1994 konsekwentnie drużyny kwalifikują się co cztery lata. Zresztą, ten wiecznie żywy Guilherme Ochoa zasłużył po tylu mundialach, by któryś w końcu odbył się na jego ojczystej ziemi. I ta Kanada, która w ostatnich latach piłkarsko zrobiła może parę kroków do przodu, ale nie ma specjalnie wielkich, piłkarskich tradycji i tak naprawdę tylko dwa miasta, czyli Toronto i Vancouver będą gościć spotkania na imprezie. Możemy więc traktować ją jako gospodarza „na doczepkę”. Zresztą, umówmy się, raczej w tym gronie Kanada nikomu nie wadzi.
Uczta, na którą zaproszenie mają nieliczni
Kryterium posiadania piłkarskich tradycji, żyznej gleby pod ten nieco abstrakcyjny, mundialowy klimat jest trudne do uplastycznienia. Kwestie związane z samym rozumieniem sportu państwa-gospodarza, tego głównego rzecz jasna, możemy już w miarę obiektywnie, bez nadmiernego patosu opisać. Czy nam się podoba, czy nie, sport jest narzędziem politycznym i istotnym elementem soft power. Możemy krzyczeć wniebogłosy o nie mieszanie sportu z polityką. Mija się to jednak z celem, bo te dwa światy już dawno uległy fuzji i mogą wzajemnie na siebie oddziaływać. W rękach decydentów jest jednak to, jaką siłę będą miały te wpływy i w jaki sposób zostaną wykorzystane.
Tu płynnie przechodzimy do kwestii głowy państwa Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyli Donalda Trumpa. Na mundialu, znając jego ego i bardzo wysoką samoocenę, będzie starał się pełnić funkcje nadgospodarza. Takie osoby mogą decydować w pewnym stopniu, kto przejdzie przez bramę i znajdzie się w centrum piłkarskiego szaleństwa, a kto będzie musiał obejść się smakiem. Część gości zostanie powitana ciepłym i przemiłym podaniem ręki, dostanie gościnne kapcie, ptasiego mleka im nie zabraknie. Reszta będzie musiała zostać pod drzwiami, a nóż wielki gospodarz w swej łaskawości obrzuci ją ochłapami czy resztkami z tego pokaźnego, wielkiego stołu.
Pokrzywdzona reprezentacja Iranu
W ekipie, która zostaje pod drzwiami, będą Ci, których Donald Trump definitywnie nie lubi. Wśród nich Iran. Wojna, która wybuchła nieco parę miesięcy temu, pozostawiła wiele znaków zapytania wokół udziału Iranu na wielkiej imprezie. Sportowo, zakwalifikowali się – powinni na starcie być równi z innymi uczestnikami. W idealnym świecie, oczywiście, ale uczta Donalda Trumpa rządzi się swoimi prawami. Amerykanie odmówili przyjęcia reprezentacji Iranu. Wydawałoby się, że tu jest idealny moment, by wkroczyła FIFA z moralizatorską reprymendą. Infantino wybrał jednak milczenie. Irańczycy będą zatem zakwaterowani w Tijuanie. Jedynie na swoje mecze będą wjeżdżać na terytorium Stanów Zjednoczonych.
Restrykcyjna polityka wizowa, której celem było znaczące ograniczenie liczby imigrantów przy okazji utrudni wielu kibicom z całego globu przyjazd do USA. Omar Abdulkadir Artan, somalijski sędzia nie został wpuszczony do kraju, choć miał poprowadzić mecze mundialu. Mówi się o nim, że to najlepszy sędzia kontynentu afrykańskiego. Sam przyznaje, że nie rozumie decyzji władz – przyjechał tylko spełnić swoje marzenia. W latach 30. i 40. XX wieku w kulturze modna stała się doktryna american dream – symbol USA. Przez bezwzględny, chłodny polityczny klimat jankesów, uległa ona daleko idącej redefinicji lub nawet upadkowi.
Wizy i dolary. Niewidzialny mur oddzielający mundial od ludzi
Wizy nie otrzymali kibice z wielu zakątków świata – w tym Argentyńczycy. A to przecież najprawdopodobniej ostatni mundial Lionela Messiego, idola dzieciństwa wielu pokoleń, Boga tego sportu. Zalani rozczarowaniem Argentyńczycy mogli znaleźć pocieszenie. Firma Noblex rozdała telewizory pierwszym stu osobom, które przyjdą do ich siedziby z odrzuconym wnioskiem wizowym.
Nawet, gdy obywatel egzotycznego kraju wejdzie w posiadanie wizy, pojawiają się inne problemy – to najdroższy mundial w historii. Tylko dla wybranych. Dość ironicznie, zwłaszcza patrząc na historię futbolu – sportu wywodzącego się z brytyjskiej klasy robotniczej, dopiero później przejętego przez bogatych. Z inkluzywnej imprezy międzynarodowej, celebracji naprawdę pięknego sportu, pielęgnującej ideały humanitaryzmu, interkontynentalnej solidarności, wzajemnego szacunku robi nam się zabawa dla milionerów.
48 reprezentacji, ale mundial nie dla wszystkich
Kibice z Bośni i Hercegowiny po spektakularnym wyeliminowaniu Włochów, pogrążeni w śpiewie utworu I am from Bosnia, take me to America zespołu Dubioza Kolektiv wyglądali cudownie. Za takie obrazki kocha się ten sport. Z drugiej strony, ilu z nich realnie do tej Ameryki przyjedzie? Ile z nich wyda ponad tysiąc dolarów, żeby zobaczyć mecz swojej ukochanej drużyny?
Co mają powiedzieć ogarnięci biedą Haitańczycy? Kapowerdeńczycy, Uzbekowie? Rozszerzenie mundialu do 48 uczestników generuje dodatkowy potencjał związany z atmosferą mistrzostw. To więcej wzruszających historii, nowych nazwisk do śledzenia, bardziej czujesz, że ma to międzynarodowy charakter. Koniec końców i tak zobaczą oni wielką imprezę w telewizji, choć to być może pierwsza i ostatnia okazja, by zobaczyć swój kraj na żywo podczas mundialu.
Mistrzostwa nie kibiców, lecz Donalda Trumpa
Czyje są to Mistrzostwa Świata? Nasze? Są urządzone przez Donalda Trumpa, który sukcesywnie pozbawia je klimatu wielkiej, futbolowej imprezy. Wydaje mu się, że je ulepsza – bo każdy jego pomysł jest przecież najlepszy. Tegoroczny mundial pokazuje nam jak nawet pojedyncza jednostka, ale totalnie pozbawiona choćby minimum pokory, jest w stanie zniszczyć coś kochanego i wyczekiwanego przez setki milionów ludzi na całym świecie.
To co, bojkocik? Można, ale po co się katować? Jak kocha się futbol, po co go zostawiać, tylko przez to, że znalazł się w złych rękach? Wciąż można stworzyć własny mikroklimat, we własnych czterech ścianach dla wielkiej imprezy. Kupić te czipsy, colę, pizzę zalać sosem czosnkowym – wypełni się przy okazji polsko-włoskie deficyty na mistrzostwach – powyklejać album naklejkami, oglądać mecze i cieszyć się futbolem, radością zwycięzców, wachlarzem absolutnie cudownych zagrań. I wypatrywać lepszych czasów dla piłki nożnej. Kto wie, może jeszcze za naszego życia takowe nadejdą.