
Kacper Nowicki to młody aktywista społeczny, który swoją działalnością zgromadził tysiące odbiorców w mediach społecznościowych – ponad 46 tysięcy na Instagramie, 21 tysięcy na TikToku i blisko 70 tysięcy na Facebooku. Od lat angażuje się w sprawy edukacji, praw uczniów i funkcjonowania miasta. W wywiadzie opowiedział o swojej drodze od samorządu uczniowskiego do Młodzieżowej Rady Miasta, działalności Fundacji Varia Posnania, walce o prawa uczniów oraz pomysłach na zmiany w Poznaniu. Nie zabrakło także tematów związanych z komunikacją miejską, Poznańskim Rowerem Miejskim i kulisami aktywizmu społecznego.
SM: Na początku poprosiłbym Ciebie o przedstawienie się.
KN: Kacper Nowicki. I teraz pytanie, jak mnie podpisać. Pewnie możemy mnie podpisać jako stowarzyszenie Wspólne Jutro, jako założyciel fundacji Varia Posnania, też związany z Nową Lewicą.
No właśnie, tego jest dużo. Skąd w ogóle wziął się pomysł na działalność społeczną? Pamiętasz moment, kiedy stwierdziłeś: „wchodzę w to”?
Ciężko jest powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Pierwsze wybory do samorządu uczniowskiego wygrałem, mając dziewięć lat. Byłem wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Wydaje mi się, że zawsze miałem potrzebę robienia czegoś, jeśli coś wokół mnie mi się nie podobało. Tak minęła mi podstawówka, tak minęło gimnazjum. W liceum poznałem mojego znajomego, który działał w Młodzieżowej Radzie Miasta i to właśnie on mnie tam wciągnął, to znaczy zaproponował, żebym się zgłosił. Po dwóch latach zacząłem kierować Młodzieżową Radą Miasta.
To była jedna z aktywniejszych kadencji tego organu, który teraz, myślę, że tak trochę przymiera pod kątem działalności. Potem założyłem własną fundację. W międzyczasie polityka i aktywizm same zaczęły mnie szukać. Wychowałem się w takich czasach, że było sporo powodów do zaangażowania. Kiedy poszedłem do gimnazjum, PiS przejął władzę. Mieliśmy protesty w obronie sądów, protesty kobiet, marsze tęczowe, strajk klimatyczny, później pandemię. Było wiele takich momentów, które sprawiały, że młodzi ludzie po prostu zaczynali angażować się w różne działania.
I jaka jest ta jedna rzecz, która najbardziej ukształtowała cię jako działacza?
Nie ma takiej rzeczy. To znaczy, wydaje mi się, że to jest po prostu jakaś nieustanna chęć do robienia świata wokół siebie lepszego. Ja się raczej nigdy nie zajmowałem sprawami wielkimi. To znaczy, raczej nigdy nie angażowałem się bezpośrednio w takie potężne tematy. Raczej zajmowałem się tym, że coś w szkole mi się nie podobało albo że coś w mieście można by zrobić inaczej. I zazwyczaj zajmowałem się po prostu sprawami, które wpływały na życie moje i moich znajomych.

Jakiś przykład?
Mieliśmy w moim liceum, w ZSO4, takie patio, które od wielu, wielu lat było nieużywane, było zarośnięte, nic się tam nie działo, a nam jednocześnie nie pozwalano za często wychodzić na dużą przerwę poza teren szkoły, a chcieliśmy gdzieś móc spędzić czas. No i zaproponowałem dyrekcji, że wyremontujemy to patio. Pozyskaliśmy na to pieniądze zewnętrzne i takim czynem społecznym zmieniliśmy dwa bardzo duże ogrody wewnątrzszkolne, z których do dzisiaj młodzież ucząca się w moim liceum może korzystać. Widzieliśmy, że bardzo duża jest fala takiego recyklingu, drugiego obiegu rzeczy, więc zrobiliśmy w szkole give box, w którym ludzie wymieniali się przez wiele lat swoimi rzeczami, których już nie potrzebowali. Stworzyliśmy w szkole takie miejsca relaksu, gdzie można było na przerwach spędzać czas w lepszych warunkach niż na tych łamiących kręgosłupy krzesłach. To były takie małe rzeczy, które mnie otaczały, a potem tak, ze stopnia na stopień, po prostu wchodziłem coraz wyżej.
Byłeś przewodniczącym Młodzieżowej Rady Miasta. Ludzie często myślą, że takie rady są bardziej symboliczne niż sprawcze. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?
To zależy od młodzieżowej rady, bo w Polsce mamy ich ponad 400 i większość z tych młodzieżowych rad nic nie robi. Większość z nich jest miernymi ciałami, nie mającymi żadnego wpływu na to, co się dzieje w gminie, i służy głównie do robienia urodzin prezydenta, dni miasta, święta chleba i festynów dla dzieci. Jest też bardzo dobrym tłem dla władz miejskich do robienia sobie z nimi zdjęć i pokazywania, że wsłuchują się w głos młodych.
My w tej młodzieżowej radzie postanowiliśmy robić to trochę inaczej. Nie dość, że składaliśmy wnioski, zapytania, wnioski o dostęp do informacji publicznych od władz miejskich, to jeszcze zabiegaliśmy o to, żebyśmy w końcu mieli budżet, bo młodzieżowa rada miasta za mojej kadencji nie miała ani grosza. Jednocześnie składaliśmy wnioski o zmiany w planach miejscowych, kiedy jakieś organizacje pozarządowe się do nas zwracały, a także reagowaliśmy, kiedy w szkołach łamane było prawo i okazywało się nagle, że szkoła, która wystawiła swojego radnego do młodzieżowej rady, jednocześnie łamie prawa wszystkich pozostałych uczniów. Co ciekawe, wtedy oczywiście nasze stosunki z władzami miasta zaczęły się psuć, bo nagle okazało się, że władzom Poznania nie do końca zależy na aktywnej społecznie, niezależnej młodzieży, tylko zależy im na tym, żeby mieć po prostu kilkudziesięciu ładnych chłopców i dziewczynek w garniturach, z którymi będziemy mogli sobie zrobić zdjęcia.
W działalności społecznej chyba nie zawsze wszystko wychodzi. Był moment, kiedy miałeś ochotę powiedzieć: „mam dość”?
Czasami jest tak, że zaczyna się sprawę, którą wie się, że się na początku przegra. To znaczy, są takie sprawy, które podejmujesz i jesteś przekonany, że ktoś, kto jest decydentem, ci w tej sprawie odmówi. Ja na przykład podejrzewałem, że kiedy przedłożymy Radzie Miasta nasz projekt o przywróceniu rowerów miejskich, to ta Rada go odrzuci. Podejrzewałem, że to jest jeden ze scenariuszy. Natomiast niektóre marsze są bardzo długie i czasami robi się niektóre rzeczy, żeby wskazać na patologię w danym miejscu, żeby przekonać opinię publiczną do rozwiązania, na którym ci zależy, i stopniowo zmuszać władzę miasta.
Dobrym przykładem jest ten rower, bo gdybyśmy my nie złożyli tej inicjatywy uchwałodawczej, którą miasto odrzuciło wyłącznie dlatego, że pochodziła ona z naszego środowiska, co też jest oczywiste dla mediów i media na to wskazują, to jednocześnie Rada Miasta nie przyjęłaby uchwały o tym, że rozpoczynają się analizy o tym, czy można w Poznaniu przywrócić rower miejski. Nawet radni opozycji w Poznaniu wskazywali na to, że przez wiele lat zabiegali o to, żeby rower miejski przywrócić, i słyszeli od władz miasta, że się nie da, a nagle, kiedy przyszli społecznicy i zrobili wokół tego awanturę, to się okazało, że się da.
Jest coś takiego jak okno Overtona i jedną z rzeczy, którą ja się kieruję przy praktycznie wszystkich moich działaniach, jest to, żeby je przesuwać. Po pierwsze przesuwać je w lewo, bo polska polityka i ta przestrzeń społeczno-polityczna jest bardzo przechylona w prawo. A po drugie, żeby przesuwać patrzenie ludzi na ważne sprawy społeczne, na usługi publiczne, na poszczególne zagadnienia, także na poziomie miasta, którymi dotychczas nikt się nie zajmował, a kiedy pokaże się np. właśnie poznaniakom, że one by się przydały, to oni bardzo często to łapią, niezależnie od poglądów politycznych.
Przedstawiłeś się jako założyciel Fundacji Varia Posnania, która działa w ochronie praw uczniów. Jak oceniasz dzisiejszą szkołę? Co jest jej największym problemem?
Szkoły kradną, szkoły kłamią, szkoły łamią prawo, szkoły łamią konstytucję, szkoły bardzo często doprowadzają młodych ludzi na skraj załamania psychicznego, szkoły bardzo często wykorzystują młodych ludzi do nieodpłatnej, nielegalnej pracy, szkoły bardzo często nie realizują swoich zadań ustawowych, szkoły bardzo często wykorzystują środki publiczne w nieodpowiedni sposób i szkoły bardzo często zmieniają się w folwarki nauczyciela i w zakłady pracy nauczycieli, a nie w instytucje edukacyjne dla uczniów. I to, co my zauważyliśmy na etapie Młodzieżowej Rady, to to, że dyrektorzy bardzo często traktują właśnie szkoły jak swoje księstwa i to, czego chcieliśmy uniknąć, to chcieliśmy doprowadzić do sytuacji, w której nie stanie się nic wielkiego, tylko szkoły zaczną respektować prawo, które już w Polsce mamy. Prawo oświatowe, ustawy o systemie oświaty, konstytucję i różne inne akty prawne, które regulują to, jak taka szkoła powinna działać.
Widzieliśmy, że dzieciakom w szkołach dzieje się krzywda, widzieliśmy, że dochodzi do przemocy rówieśniczej, na którą nikt nie reaguje, widzieliśmy, że rodzice płacą chore pieniądze za rzeczy, które szkoła powinna finansować, widzieliśmy, że te pieniądze w szkołach rozpływają się w niewiadomych miejscach i kierunkach, i zaczęliśmy z tym po prostu w majestacie prawa, za pomocą dostępnych narzędzi, walczyć i tę walkę w dużej mierze wygraliśmy.
Jaka szkoła najgorzej według Ciebie radzi sobie z tym prawem, statutem itd.?
Najwięcej przebojów w przeszłości w Poznaniu, bo my się zajmujemy generalnie tym w całej Polsce, najgorzej było w Krzesinach, w ZSU-2. To była taka szkoła, gdzie był pan dyrektor, już teraz, jeżeli dobrze pamiętam, na emeryturze, który był bardzo, bardzo oporny na jakąkolwiek współpracę z organizacjami pozarządowymi, które wskazywały, że dochodzi tam do bardzo wielu nieprawidłowości. Statut szkoły łamał prawo polskie w wielu miejscach, jednocześnie mieliśmy wiele informacji o zastraszaniu uczniów, którzy chcieli współpracować z naszą fundacją. My tę walkę wygraliśmy, bo szkoła zmieniła ten statut i naprawiliśmy wiele takich wewnętrznych sprzeczności, które w tej szkole funkcjonowały, ale tam był rzeczywiście bardzo duży problem.
Ale na drugą nogę podałbym przykład szkoły, która jest de facto wzorowa, czyli dwójka na Łazarzu. To jest szkoła, gdzie jeszcze w poprzednim wieku wprowadzono rzecznika praw ucznia. To jest szkoła, która jako pierwsza w Poznaniu miała to zgodne z prawem. Szkoła, w której samorząd uczniowski faktycznie współdecyduje o tym, jak wygląda szkoła. I to pokazuje, że w tym samym miejscu, w odległości de facto 10 kilometrów, możemy mieć dwa różne światy, w których rozwijają się ci sami młodzi ludzie, ale jedni dostają taki przykład, że szkoła jest instytucją dla nich, a drudzy dostają taki przykład, że to oni są dla szkoły i że oni są tej edukacji przedmiotem, a nie podmiotem.
Nie wiem, czy pamiętasz taki przykład płatnych matur?
Tak.
Co byś o tym powiedział?
To jest, wydaje mi się, jeden z największych sukcesów naszej fundacji, od kiedy ona powstała. W wielu poznańskich szkołach, nie tylko poznańskich, był taki problem, że uczniowie płacili za próbne matury. To jest oczywiście nielegalne, ponieważ zgodnie z konstytucją edukacja w szkole jest bezpłatna. To oznacza, że nie można za nieobowiązkowe, bo przypomnijmy, że próbne matury są nieobowiązkowe, aktywności pobierać takich opłat, a następnie wystawiać za nie ocenę. Nie może być tak, że szkoła pobiera pieniądze za przeprowadzenie na swoim terenie egzaminu, który potem ocenia, i my przez wiele, wiele lat z tym walczyliśmy.
I to, czym się mogę pochwalić, to że de facto wyeliminowaliśmy ten problem w Poznaniu jako w pierwszym mieście w Polsce. To znaczy, według naszej wiedzy, w ubiegłym roku w żadnej szkole nie pobierano pieniędzy za próbne matury realizowane przez Centralną Komisję Egzaminacyjną. I to się może wydawać mała, drobna sprawa, ale jeżeli pomyślimy o tym, że na przykład każdy rodzic płaci 20 czy 30 zł za wydruk takich próbnych matur i takich uczniów jest w Poznaniu kilka czy kilkanaście tysięcy, to to nagle urasta do ogromnej rangi zjawiska. I jednocześnie szkoły nie rozliczają się z tych pieniędzy, nie dają przecież uczniom paragonu i potem nie rozliczają się z tego, ile pieniędzy faktycznie zostało wydane.
A co odkryliśmy? To, że miasto Poznań od wielu lat ma celowy wydatek na druk tych próbnych matur, który przekazuje do wielu szkół. I nagle się okazało, że szkoły dostają pieniądze z instytucji publicznych na realizowanie takiego zadania, a jednocześnie ciągną hajs od rodziców.
Z tego, co pamiętam, to zareagowała Centralna Komisja Egzaminacyjna, zostały nałożone kary.
Nie pamiętam, czy zostały nałożone kary. Wiem, że upomniano jednego dyrektora. Co ciekawe, nawet Ministerstwo Edukacji za czasów Przemysława Czarnka przyznało nam rację. I dyrektor poznańskiego „Paderka” dostał upomnienie zarówno od władz miasta, które na początku ignorowały problem, a kiedy przyszła informacja z ministerstwa, że mamy rację, to zainterweniowały. I to jest taka walka, która też pokazała, że Urząd Miasta Poznania ma absolutnie gdzieś dobrostan uczniów w polskich szkołach i dopiero kiedy przed jakąś instytucją z nimi wygrywamy, to przyznają nam rację.
Edukacja to bardziej problem systemu, nauczycieli, czy jednak samej polityki?
Przede wszystkim nauczyciele zazwyczaj nie łamią prawa ze złej woli, tylko dzieje się to z braku wiedzy. Na studiach nie uczy się nauczycieli prawa. Nie uczy się nauczycieli na studiach, jak rzetelnie interpretować prawo oświatowe. Nie uczy się ich, jak powinien wyglądać statut szkoły. Dyrektorzy bardzo często nie są prawnikami, bo dlaczego mieliby? Jeżeli jesteś prawnikiem, to ostatnim zadaniem w twoim życiu, o jakim myślisz, jest zostanie dyrektorem szkoły. Więc bardzo często wynika to z braku kompetencji, a jednocześnie z takiego patriarchalno-ejdżystowskiego przekonania, jeszcze wyniesionego z poprzedniego systemu, który mówi, że dyrektor to jest władza w szkole.
A dyrektor nie jest żadną władzą. Dyrektor jest kierownikiem placówki administracyjnej, zakładu pracy, a jednocześnie takim kierownikiem organizacyjnym placówki. Więc dyrektor nie włada szkołą, tylko nią zarządza za pieniądze podatników. I to jest bardzo ważne rozróżnienie, bo bardzo często mieliśmy takie poczucie, że szkoły łaskawie zgadzają się z nami współpracować, podczas gdy ich psim obowiązkiem jest reagować, kiedy jakaś instytucja, rządowa czy pozarządowa, pokazuje im, że łamią prawo.
Nie podoba Ci się system polskiej edukacji, to co byś zmienił? Co wymaga naprawy?
Ja uważam, że należy uprościć system edukacji. On jest strasznie skomplikowany. Uczciwe jest postawienie sprawy tak, że ja nie będę mówił, co powinno być w programie biologii albo języka polskiego, bo to powinni robić eksperci.
Ja bym bardziej się skupił na strukturze tego systemu edukacyjnego. Tego, żeby to uczniowie i rodzice mieli więcej decyzyjności w kontekście tego, jak działa szkoła. Tego, żeby to bardziej przez rodziców i uczniów podejmowano decyzję o tym, jak ta szkoła ma funkcjonować, zresztą na takim pozadydaktycznym poziomie. Więc na pewno to powinno się zmienić. Jest jeszcze kilka bardzo szczegółowych problemów na poziomie finansowania szkół. Tego, że samorządy cały czas mówią, że brakuje im pieniędzy na ich finansowanie. Natomiast tak, należy przestawić wektor z tego, że szkoła jest wyłącznie zakładem pracy nauczycieli, na to, że jest instytucją edukacyjną.
Ostatnio pojawił się też pomysł bezpłatnej komunikacji miejskiej. Skąd wziął się ten pomysł?
My jako miasto pokrywamy mniej więcej 1/3 ceny komunikacji publicznej z biletów. To oznacza, że 2/3 pokrywamy z budżetu miasta. To jest bardzo dużo pieniędzy. My na infrastrukturę i transport wydajemy ponad miliard złotych rocznie. Należałoby sobie zadać pytanie, jeżeli bilety miałyby być darmowe, skąd wziąć pozostałe kilkaset milionów?
Uważam, że to nie jest decyzja do podjęcia wyłącznie na poziomie samorządowym. Jeżeli funkcjonowałby program rządowy, np. subwencjonujący transport publiczny, wtedy jak najbardziej. I wtedy uważam, że powinno być co najmniej moratorium na ceny tych biletów. Bo transport publiczny powinien być coraz tańszy, a nie coraz droższy. To nie powinno być tak, że wraz ze wzrostem płac w społeczeństwie rosną ceny biletów. Tylko one powinny stać w miejscu, a transport zbiorowy powinien być coraz bardziej dostępny.
Natomiast miasto nie jest w stanie udźwignąć bez odpowiedniego wsparcia z poziomu centralnego czy unijnego, czy może wojewódzkiego, darmowego transportu dla wszystkich. To, nad czym bym się zastanowił, to nad włączaniem kolejnych grup do darmowego transportu. Bądź jeszcze silniejsze premiowanie taniego transportu publicznego dla osób, które płacą tutaj podatki. Bo ten program obecny niestety, kiedy podnoszono ostatnio ceny biletów, okazało się, że podniesiono je nie tylko dla turystów, ale także dla korzystających z e-portmonetki obywateli Poznania, którzy płacą tu podatki.

Mamy najdroższą komunikację miejską w Polsce. Jakie grupy powinny zostać objęte bezpłatnym transportem publicznym?
Zastanowiłbym się nad studentami, ale szczególnie postawiłbym tutaj ciężar nad osobami, które możemy zatrzymać w Poznaniu po ukończeniu studiów. Bo Poznań nie ma problemu braku młodych ludzi studiujących w Poznaniu. Wręcz przeciwnie, mamy najwięcej studentów na 100 tysięcy mieszkańców. Natomiast sporym problemem jest to, że duża część tych ludzi potem z Poznania wyjeżdża. Więc to, nad czym bym się zastanowił, to nad tym, jak zatrzymać tutaj młodych ludzi. I może na przykład dobrą zachętą do tego, żeby zostać w Poznaniu po studiach, byłoby jeszcze utrzymanie tego darmowego transportu przez jakiś czas.
Na tej karcie seniora zastanowiłbym się nad dziećmi. Ale wyłącznie nad dziećmi rodziców, którzy płacą w Poznaniu podatki. Bo niestety w tym momencie ciężar utrzymywania miasta wisi na tych rodzicach, którzy płacą w Poznaniu podatki. A z transportu publicznego czy ze szkół korzystają też osoby, które mieszkają pod Poznaniem. A pamiętajmy, że powiat poznański to jest największy powiat ziemski pod kątem ludności w Polsce. To jest de facto drugi Poznań. I w tym momencie to na Poznaniu wisi ciężar utrzymywania usług publicznych dla tych obywateli.
Czy budżet Miasta Poznania może udźwignąć taki koszt, w twojej perspektywie?
Budżet miasta za Jacka Jaśkowiaka niestety ma coraz głębszy deficyt. I to bardzo często, kiedy rozmawiamy o takich lewicowych rozwiązaniach, to słyszymy, że tego nie można przeprowadzić, bo to jest jakiś oszalały lewicowy pomysł, który spowoduje wzrost długu.
A to za Jacka Jaśkowiaka deficyt budżetowy Poznania rośnie najszybciej. Więc ja bym się zastanowił nad tym, na co my wydajemy pieniądze. Wydajemy pieniądze na masę niepotrzebnych rzeczy, a jednocześnie na pewno musimy myśleć bardziej systemowo. To znaczy, myślę, że czeka nas niedługo rozmowa o włączeniu powiatu poznańskiego do Poznania. I to może się wydawać ucieczka od odpowiedzi, ale tak kompletnie nie jest, ponieważ musimy pamiętać, że tak samo jak Poznań ma swoje przedsiębiorstwo komunikacyjne, tak samo większość gmin okalających Poznań ma swoje.
No i należałoby się zastanowić, czy jeżeli ci najbogatsi podatnicy wprowadzili się z Poznania do tych gmin ościennych, ale zazwyczaj korzystają także z tego transportu w Poznaniu, to czy nie byłoby sensowne, skoro i tak te gminy razem z Poznaniem tworzą jeden organizm miejski, na wzór tego, co się stało w Krakowie, na wzór tego, co się stało w Warszawie, włączyć te gminy do Poznania. Oczywiście podejrzewam, że sprowadzę na siebie krytykę mieszkających w tych gminach, którzy na pewno mają jakąś swoją lokalną tożsamość. No ale cóż, to my płacimy za ich korzystanie z usług publicznych, a nie na odwrót.
Jak odpowiedziałbyś osobom, które mówią „nic nie jest za darmo, ktoś za to zapłaci”?
To znaczy, trzeba rozróżnić dwa słowa: bezpłatne i darmowe. W Polsce służba zdrowia jest np. bezpłatna, ale nie jest darmowa, bo płacimy za nią w podatkach. Straż pożarna też jest bezpłatna, ale nie jest darmowa. I to jest bardzo ważne rozróżnienie, to jest raz. A dwa, wydaje mi się, że nie jest najmądrzejszym zaczynanie dyskusji od tego, czy coś powinno być bezpłatne, czy nie.
Przede wszystkim powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, jakiego my chcemy transportu publicznego. Czy my chcemy transportu publicznego, który będzie obsługiwał jedynie główne trasy, czy chcemy transportu publicznego, który będzie częsty i dobry. Na pewno nie możemy mieć go częstego, dobrego i taniego, bo w tym trójkącie te trzy wartości się raczej nigdy nie spotykają. I to, na czym ja bym się skupił, to na odpowiedzeniu sobie na pytanie: no dobrze, jeżeli podnosimy ceny biletów, to może to powinno iść w parze z tym, że kupujemy wyłącznie nowy tabor z poznańskich fabryk, a nie szmelc zardzewiały z niemieckich miast, z Bonn, który się rozpadnie za kilka lat. I to są takie o wiele szersze pytania niż to, ile powinien kosztować bilet. Ale to, od czego bym zaczął, to wieloletnie moratorium na ceny biletów w Poznaniu.

Od dawna mówisz też o powrocie Poznańskiego Roweru Miejskiego. Dlaczego uważasz, że Poznań powinien znowu mieć taki system?
Ten pomysł jest ważny dlatego, że miasto nie jest od przenoszenia zysku. Ja w tej debacie, kiedy my zbieraliśmy podpisy pod obywatelskim projektem uchwałodawczym o przywróceniu roweru miejskiego, bardzo często słyszałem taki argument, że ten rower się powinien opłacać albo że on powinien być jakoś opłacalny ekonomicznie, tak jak zyskowny.
I zawsze wtedy zadaję pytanie: kiedy w Poznaniu zaczęły opłacać się drogi? Albo kiedy zaczęła przynosić zysk kostka brukowa albo latarnie uliczne? Albo kiedy tramwaje zaczęły przynosić jakąś dywidendę? I oczywiście na każde z tych pytań odpowiedź brzmi: nigdy, bo to nie jest ich zadanie. Tak samo jak zadaniem mediów studenckich nie jest przynoszenie zysku, tylko wykształcanie kolejnych pokoleń dziennikarzy. Tak samo jest z rowerem miejskim. To jest rozwiązanie bardzo racjonalne i przygotowane kosztowo.
Rozmawiamy o rozwiązaniu, które pochłonęłoby astronomiczną kwotę dwóch promili budżetu miasta Poznania. Nie procent, tylko promili. I pomiędzy 10 a 15 milionów by nas kosztowało. A spowodowałoby, że mielibyśmy jakąkolwiek tanią alternatywę transportu osobistego dla bardzo drogich hulajnóg, z których godzina korzystania to jest nawet pięćdziesiąt kilka złotych, a także coraz droższych cen biletów. Przypominam, że mieliśmy już kiedyś w Poznaniu jeden z największych krajowych systemów roweru miejskiego, gdzie 20 minut było za darmo, a godzina kosztowała 2 zł. I to była najtańsza możliwa alternatywa. Jakoś tak się stało, że chwilę po tym, jak wyprowadzono z Poznania rower miejski, stworzono punkty dla hulajnóg elektrycznych, prywatnych korporacji, które nie płacą w Polsce podatków. Wydano na to 400 tysięcy publicznych złotych, a te koszty przerzucono na poznaniaków. Więc oczywiście modeli roweru miejskiego jest masa.
Możemy kupić rowery, możemy je wynająć, możemy wejść we współpracę z firmami, które może chciałyby mieć swoje stacje roweru miejskiego albo reklamować się na tych rowerach w zamian za dokładanie się do tego wspólnego kotła utrzymywania tego roweru miejskiego. Natomiast przypominam, jesteśmy milionową metropolią, która nie posiada systemu roweru miejskiego, a posiadają go dziesiątki polskich miast.
W ten weekend byłem w Trójmieście, gdzie widziałem, jak fantastycznie funkcjonuje system Mevo międzymiastowy. Kilka tygodni temu byłem na Śląsku, gdzie w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii widziałem, jak 40 kilka gmin porozumiało się co do tego, że miały jeden rower miejski i stworzyły największy w kraju system roweru miejskiego. Warszawa wydaje kilkanaście milionów rocznie i też ma fantastyczny system roweru miejskiego.
Rada Miasta, jak to Koalicja Obywatelska, stchórzyła przed rozwiązaniem obywatelskim. Ja dowiedziałem się nieoficjalnie ze strony Koalicji Obywatelskiej, że jednym z powodów odrzucania tego projektu było to, że to ja go składałem. Co mnie oczywiście nie dziwi. Jednocześnie Rada Miasta podjęła taką uchwałę o świętym nigdy o tym, że będą teraz prowadzić wiele analiz i poproszą prezydenta, żeby przedstawił analizę, czy się da przywrócić rower miejski. Tego samego prezydenta, który w opinii do naszej uchwały powiedział, że jest to nieuzasadnione ekonomicznie i że jest przeciw, a który jeszcze dwa miesiące temu mówił w mediach, że jest za. Więc tworzy się teraz taki chocholi taniec wokół tego.
Ja podejrzewam, że za kilka miesięcy albo się dowiemy od Jacka Jaśkowiaka, że się nie da, jest to niepotrzebne, albo Jacek Jaśkowiak stanie przed całym miastem i powie, że ma taki świetny pomysł, żeby przywrócić Poznański Rower Miejski, pewnie w jakimś okrojonym zakresie, ale po prostu przywłaszcza sobie społeczny pomysł.
Zakładam, że konsultowałeś ten pomysł z radnymi. Czy pytałeś ich, co o nim sądzą? Jakie opinie i głosy płynęły z różnych środowisk?
My zaproponowaliśmy konsultację wszystkim środowiskom w Poznańskiej Radzie Miasta. Niezależnie od strony politycznej uznaliśmy, że dobrze będzie porozmawiać o tym, czy chcemy roweru miejskiego. Poparł nas klub Lewica Centrum, od PiS-u nie dostaliśmy odpowiedzi, ale zagłosowali za, za co też bardzo dziękuję. A od Koalicji Obywatelskiej otrzymaliśmy informację, że mogą się z nami spotkać w ramach Komisji Transportu.
Na tej Komisji Transportu byli nasi przedstawiciele. Projekt oczywiście odrzucono, bez żadnych innych argumentów niż te, które już padły w naszej rozmowie. A jednocześnie dowiedzieliśmy się na sesji, że wszyscy de facto popierają przywrócenie roweru miejskiego. I radna Koalicji Obywatelskiej Małgorzata Dudzic-Biskupska z tego samego klubu, który zdecydował o zamknięciu roweru miejskiego kilka lat temu, powiedziała, że Koalicja Obywatelska jest za przywróceniem roweru miejskiego, po czym zagłosowała przeciw przywróceniu roweru miejskiego. Więc tu mamy mniej więcej logikę władz. I tutaj nie chodzi o to, co oni uważają o rowerze miejskim bądź nie. Sprawa została niestety przez Koalicję Obywatelską upolityczniona. Nadano jej z jakiegoś powodu jakiś wielki nimb politycznej sprawy, a nam chodziło po prostu o rower.
Jednym z bardziej nietypowych pomysłów była numeracja przystanków, szczególnie na Rondzie Kaponiera. Skąd wziął się ten pomysł i dlaczego twoim zdaniem takie drobne zmiany mają znaczenie?
Pomysł jest stąd, że ja jeżdżę po Polsce całkiem sporo i widzę, że takie miasta jak Kraków, Wrocław, Warszawa, ale też Toruń czy Grudziądz już taki system wprowadziły. To jest oczywiście pierdoła. Ja celowo mówię o tym w ten sposób. To jest bardzo mała, drobna rzecz, która, co ciekawe, technicznie już funkcjonuje, bo jak zobaczymy sobie komunikaty o na przykład zmianie lokalizacji przystanków albo o wyłączeniu przystanków, to sam ZTM i MPK na swojej stronie informują, że na przykład przystanek Garbary 02 zostaje wyłączony.
A jednocześnie te przystanki mają takie dziwne sygnatury złożone z kilku liter i cyfr, więc to, co ja zaproponowałem, to żeby umieścić w widocznych miejscach numery tych przystanków, tak abyśmy na przykład na Rondzie Kaponiera, gdzie mamy bodajże 13 platform, które nazywają się tak samo, a od jednej do drugiej idzie się nawet 300 metrów, mogli wiedzieć, do którego numerka idziemy. Tak to funkcjonuje na przykład w Warszawie. Tak, że są Aleje Jerozolimskie 01, 02, 03, 04. Kiedy wysiadamy przy użyciu aplikacji z mapą z jednego tramwaju i chcemy się przesiąść na drugi, to wiemy, gdzie przejść.

I o ile pamiętam, ty to próbowałeś robić.
Ja zamontowałem takie tabliczki na Rondzie Kaponiera. One zostały przez Miejskie Służby zdjęte po kilku godzinach. Dokładnie tak samo zrobiłem na Rondzie Śródka, z dokładnie tym samym skutkiem. Wcześniej przez półtora roku apelowałem do władz o zmianę w tym zakresie, oczywiście bezskutecznie. Od prezydenta Wiśniewskiego dowiedziałem się w zeszłym roku, że w tym roku planowana jest analiza budżetowa wdrożenia takiego rozwiązania. Prezydent Wiśniewski został odwołany, a numeracji przystanków brak.
I to koniec tej sprawy, tak?
Nie, myślę, że nie koniec. To jest kolejna taka sprawa, która kiedyś zostanie wdrożona, która pewnie za kilka lat zostanie ogłoszona pompatycznie przez miasto. Taka fantastyczna decyzja, na którą wpadł poznański magistrat. Tylko szkoda, że najpierw potrzebowaliśmy kilku lat niepotrzebnej przepychanki o rzecz, którą można było wprowadzić po pięciominutowym spotkaniu w Urzędzie Miasta.
W mediach było też głośno o twojej wymianie zdań z Patrykiem Jakim. Jak wspominasz tę sytuację z perspektywy czasu? Zaskoczyło cię, że odbiła się aż takim echem?
Patryk Jaki pojawił się na naszym wydziale (dop. red. Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM) i miał swoje spotkanie ze studentami, na którym chciał, żebyśmy zmienili jego zdanie, no więc ja, zachęcony hasłem spotkania, przyszedłem zmienić zdanie pana Patryka Jakiego, który po prostu ordynarnie kłamał w budynku Uniwersytetu Adama Mickiewicza.
Co ciekawe, pojawiłem się na tym spotkaniu trochę przez przypadek, bo po prostu byłem ze znajomymi akurat na innym wydziale i dowiedziałem się, że jest to spotkanie, więc wpadłem. Nie wiedziałem nawet, że mnie ktoś nagrywa w trakcie, gdy kontrowałem tę wypowiedź pana Jakiego, która była po prostu pełna kłamstw, manipulacji i takiej czystej demagogii.
Potem była kontynuacja w Gliwicach, bo wyzwałem pana Patryka na debatę, ale potem, jak próbował niemedialnie zdyskredytować, pan Patryk oczywiście z tchórzu nie przyjechał do Poznania, więc ja przyjechałem do niego do Gliwic. Przez półtorej godziny dyskutowałem z nim na Placu Krakowskim przed Politechniką Śląską. I chyba tyle.
To znaczy, wydaje mi się, że dość skutecznie i ja, i wielu innych studentów i studentek w Poznaniu ośmieszyliśmy akcję Jakiego, która miała za zadanie wyłącznie budowanie go wewnętrznie w PiS-ie za pieniądze pochodzące z jego frakcji w Europarlamencie, a nie żadne przekonanie młodych ludzi, bo nie ma żadnych badań wskazujących, że pan Patryk Jaki przekonał najmłodszą grupę wyborców do siebie takimi spędami na uczelniach.
W mediach społecznościowych często wszystko wygląda idealnie. Jak naprawdę wygląda działalność społeczna od kulis? Czego ludzie nie widzą?
Ludzie nie widzą bardzo często tego, że na przykład polityka dzieje się poza mediami społecznościowymi. To znaczy, nie wystarczy wyzwać władz na Instagramie, żeby dokonała się jakaś zmiana. To, że my zrobiliśmy akcję o rowerze miejskim, nie polegało na tym, że nakręciliśmy o tym rolkę. Tylko najpierw dwa miesiące się przygotowywaliśmy, zorganizowaliśmy sobie taki rower pokazowy, jak on mógłby wyglądać. Zorganizowaliśmy projekt takiej uchwały.
Współpracowaliśmy z wieloma mediami, które pisały o naszej sprawie. A media społecznościowe to jest taka wisienka na torcie tego, jak można komunikować skutecznie różne sprawy, tak? I one są oczywiście bardzo potrzebne. Gdyby nie one, nie byłbym w stanie dotrzeć do tak dużej liczby ludzi z moim przekazem. Bo jednocześnie część mediów tradycyjnych całkowicie odpuszcza sobie relacjonowanie ważnych społecznych spraw i zajmuje się tym, kto nazwał kogo debilem w Sejmie i kto pokazał cycki. Bo niestety na tym odbijają się współczesne media tradycyjne bardzo często. A my dzięki temu możemy docierać do większej liczby ludzi.
Mam tu jednak jedną uwagę. Od niedawna śledzę profile partyjne na TikToku – Lewicy, PiS-u i Koalicji Obywatelskiej, a szczególnie tych dwóch ostatnich. Zastanawiam się, co o tym sądzisz. Miałeś okazję je zobaczyć? Zakładam, że tak.
Uważam, że nie ma się co tym oburzać. Kiedy wchodziło radio, to jedną z pierwszych rzeczy, jakie wyemitowano w radiu, były przemówienia polityków. Gdy wynaleziono telewizję, jedną z pierwszych rzeczy, które pojawiły się w telewizji, były debaty telewizyjne i spoty partyjne. Kiedy wynaleziono internet czy SMS-y, Barack Obama wysłał miliony SMS-ów do wyborców. Kiedy wynaleziono media społecznościowe, politycy, zwłaszcza media społecznościowe, zaczęli z nich korzystać.
Ja bym nie przejmował się za bardzo tym, że partie puszczają głupie TikToki o Kubanowo i drącym się concept Maćku. Ja nie widzę, żeby było to największe zagrożenie w Rzeczypospolitej. Wydaje mi się, że mamy większe problemy z platformami cyfrowymi, a nie na przykład takie, że ryją one banie młodzieży i nie płacą w Polsce podatków. To są większe zagrożenia niż to, że mają tam konta partie polityczne.
Jeżeli mają tam konta księgarnie, frytkarnie i raperzy, to dlaczego nie miałyby być tam partie? Powiem więcej, bardzo doceniam tę rywalizację partii politycznych. W końcu musiały się one wziąć do komunikacyjnej pracy. W końcu się okazało, że nie wystarczy mieć monopolu w kilku największych telewizjach i gazetach, tylko trzeba konkurować na wolnym rynku idei w mediach społecznościowych. I uważam, że o wiele bardziej demokratycznymi przestrzeniami są platformy społecznościowe, czy antyspołecznościowe, jak się często na nie mówi, niż media tradycyjne.
Ostatnio sporo mówi się o nowym projekcie politycznym Hennig-Kloski, czyli Unii Centrum. Jak oceniasz pojawienie się takiej inicjatywy? Myślisz, że na polskiej scenie politycznej jest ona potrzebna?
Dajmy sobie spokój, nie? W sensie wiemy, że to jest wyłącznie projekt stworzony pod wynegocjowanie kilku dobrych miejsc na listach, kilku osób, które obecnie są w parlamencie, w tym Pauliny Hennig-Kloski. Wiemy jednocześnie, że ta partia nie wystartuje w wyborach. Możemy to powiedzieć gdzieś otwarcie. To znaczy, zjem własny kapelusz, jeżeli Unia Centrum zarejestruje listy w całym kraju w przyszłym roku. To się po prostu nie wydarzy. Więc ja uważam, że powinniśmy w ogóle przestać żyć takimi historiami.
Mamy w tym momencie dwa duże bloki koalicji rządzącej, które będą w Polsce startować w przyszłorocznych wyborach. Jest to Lewica i będzie to drugi centroprawicowy blok wokół Koalicji Obywatelskiej, PSL-u i jakichś resztówek po Trzeciej Drodze. Szymon Hołownia skapitulował. Wypadnie z polskiej polityki w przyszłym roku. I wydaje mi się, że na tym powinniśmy poprzestać rozmowy o tym, na ile rozpadnie się jeszcze Polska 2050, bo myślę, że oni już sami nie do końca wiedzą, jak to wygląda.
Unia Centrum nie ma szans przybić się na scenie politycznej?
No nie, bo trzeba mieć jakąś świeżość, jakiegoś wyrazistego lidera. Paulina Hennig-Kloska jest jednym z najgorzej ocenianych ministrów w rządzie. Jest pośmiewiskiem całej prawej strony sceny politycznej. Jednocześnie nie jest jakimś bardzo popularnym politykiem, który skupiałby wokół siebie jakieś masy społeczne. A jednocześnie większość polityków wokół tego środowiska, takich jak Ryszard Petru, już zasłynęła w konstruowaniu wielu partii, które następnie upadały.

A poza działalnością? Co robisz, żeby odpocząć i nie myśleć cały czas o pracy społecznej?
To jest zawsze dla mnie o tyle trudne pytanie, że to jest naprawdę moje hobby. To znaczy, ja robię politykę jako moją pasję. To nie jest tak, że ja pracuję w sektorze politycznym dlatego, że muszę mieć na chleb i nie ma żadnej innej ścieżki zarobkowej w Polsce. Pracowałem też w sektorze prywatnym i w wielu innych miejscach. Ale ja to robię naprawdę dlatego, że to jest moja pasja. Bardzo lubię śledzić politykę amerykańską i zachodnioeuropejską, szczególnie iberyjską, hiszpańską. Sporo czytam, wydaje mi się, że sporo, jak na średnią krajową. Ale bardzo też lubię podróżować po nieoczywistych miejscach w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.
Kiedy angażujesz się społecznie i zabierasz głos w sprawach publicznych, to jaki świat próbujesz współtworzyć? Jak wyobrażasz sobie Polskę za 20–30 lat? Jak wyglądałby ten wyidealizowany świat?
Ja nie mam wyidealizowanego świata, bo jeżeli nazywałbym go wyidealizowanym, to znaczy, że byłby on jakąś utopią, której nie należy realizować, bo utopie są od śnienia o nich, a nie od realizowania ich. Mój plan na świat jest mniej więcej taki, że fajnie by było, gdyby w Polsce głosowano zgodnie z własnymi poglądami. To jest jedna z rzeczy, na których mi bardzo, bardzo zależy. To znaczy, żeby prawicowcy głosowali na prawicę, lewicowcy głosowali na lewicę, centryści głosowali na centrum i żeby cały świat polityczny zaczął odzwierciedlać to, co ludzie faktycznie myślą. A myślę, że świat w przyszłości nie kreuje się w jakichś bardzo kolorowych barwach. Raczej czeka na nas postępująca katastrofa klimatyczna, zwiększona presja migracyjna na Europę, coraz bardziej zachwiane łańcuchy dostaw, coraz więcej wojen, problemy z wodą i jedzeniem. I jako człowiek, który chciałby kiedyś w Polsce założyć rodzinę, to raczej nie mam powodu do snucia bardzo optymistycznych wizji.
I na koniec, wisienką taką na torcie, czego można Ci życzyć w tej karierze?
Żebym pomyślnie zaczął drugi stopień studiów i go skończył.
Tego Ci życzymy. Dzięki wielkie.
Dzięki.
Po więcej tekstów ze świata informacji i publicystyki zapraszamy tutaj!