Alameda & Noums Dembele – Festiwal Ethno Port 2026 [WYWIAD]

Poznański Festiwal Ethno Port 2026, skupiający się na muzyce świata, już za pasem. Jednym z zespołów, który wystąpił na scenach CK Zamek była Alameda, grająca wspólnie z burkińskim artystą Noums Dembele. W rozmowie z Julią Cichą, bydgoski eksperymentalny zespół podzielił się wrażeniami z tego występu oraz planami na przyszłość.

Alameda i Noums Dembele na scenie Festiwalu Ethno Port 2026
Alameda & Noums Dembele (fot. Hanna Adamczyk)

Jak doszło do waszej współpracy [pomiędzy zespołem Alameda a Noums Dembele – przyp. red.]?

Rafał Iwański: Krótko mówiąc, od kilku lat miasto Bydgoszcz jest miastem muzycznym UNESCO i zaproponowano nam rezydencję. Musiała ona być polsko-afrykańska, właściwie europejsko-afrykańska. Żeby sobie ułatwić życie, zwróciliśmy się do Noumsa, który mamy to szczęście, że mieszka w Warszawie od 8 lat. Ominęliśmy różne kłopoty logistyczne, które wcześniej miewaliśmy kiedy współpracowaliśmy z artystami z Ugandy, czy z Republiki Południowej Afryki. Dzięki temu możemy kontynuować projekt, który zaczęliśmy w styczniu, a w lutym miał premierę w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. Możemy go regularnie grać w Polsce i na różnych festiwalach.

Łukasz Jędrzejczak: Współpracowaliśmy już wcześniej z projektem Phelimuncasi z RPA, więc mamy jakieś doświadczenie, jeżeli chodzi o takie kolaboracje – nawet międzykontynentalne. Noumsa poznaliśmy podczas koncertu w Tucznie, gdzie grał ze swoim zespołem Moribaya na festiwalu Etno Tuczno.

Noums Dembele na Festiwalu Ethno Port 2026
Noums Dembele (fot. Hanna Adamczyk)

Noums, jak nazywa się odmiana muzyki pochodząca z Burkina Faso, którą grasz?

Noums Dembele: Gatunek nazywa się mandingo, a powiązany jest z grupą etniczną Mandinka. Staram się również grać w swoim własnym, unikalnym stylu i poznawać nowe odmiany muzyki. Oczywiście jednak, inspiruję się też tradycyjną muzyką.

Czy jesteś zadowolony z tej współpracy?

ND: Kocham próbować nowych rozwiązań i nasz pierwszy koncert był świetny, ale ten występ [na Festiwalu Ethno Port – przyp. red.] jest już trzecim z kolei i po każdym z nich widzę progres. Jestem szczególnie zachwycony po dzisiejszym koncercie.

Mam wrażenie, że to był chyba jeden z najbardziej przystępnych występów Alamedy, bo Alameda chyba przyzwyczaiła do takich cięższych brzmień. Skąd ta zmiana?

Kuba Ziołek: Jądrem zmiany była tak naprawdę kora, to jest instrument wokół którego trochę musieliśmy wymyślić swoją tożsamość na nowo. To bardzo specyficzny rodzaj grania, używania instrumentu, też bardzo specyficzny rodzaj brzmienia, więc było dość dla nas oczywiste, że nie możemy po prostu przełożyć Alamedy jeden do jeden z ostatnich płyt i tylko dołożyć korę do całości. Byłoby to sklejone niepotrzebnie i na siłę.

Potraktowaliśmy to jako możliwość rozwoju w stronę bardziej ambientową, trochę bardziej uspokojoną. Może bardziej taką, nie wiem, refleksyjną – przecież to jest beznadziejne słowo – ale potrafiliśmy rozwinąć się muzycznie w inną stronę. Noums jest wirtuozem tego instrumentu. Poza tym, że będziemy mieli cały czas Alamedę klubową, bardziej taneczną, to właśnie oczekiwaliśmy impulsu, żeby poszukać czegoś w innych rejonach.

Kuba Ziołek (Stara Rzeka) gra na gitarze na Ethno Port Festiwal 2026
Kuba Ziołek (fot. Hanna Adamczyk)

A skąd w pierwszej kolejności pojawił się pomysł, żeby Alameda zaczęła eksplorować muzykę świata?

RI: Mamy dużo szczęścia, że słuchamy muzyki świata od wielu lat i fascynuje nas. Ja sam osobiście, już pomijając fakt, że mam wykształcenie etnologiczne, to najwięcej się uczę słuchając muzyki etnicznej z różnych rejonów świata.

Sam fakt grania z muzykami, chociażby z Afryki, czy z innych miejsc jest czymś, co chciałem zawsze robić. Eksplorujemy te rytmy globalnego południa i orientu, uczymy się ich, ale przetwarzamy na własny sposób w Alamedzie. Dzieje się to w sposób bardziej intensywny, industrialny, klubowy, jakkolwiek to zwać. Bardzo nas to bawi, lubimy to robić, kochamy wręcz. Wczoraj graliśmy taki intensywny koncert, taneczny, a możliwość grania z muzykiem, który kontynuuje tradycję swojego regionu Afryki, z Burkina Faso, jak Noums, jest dla nas wyróżnieniem. Czujemy, że jest tutaj dobra energia – dużo dobrej energii – i potencjał, który możemy rozwijać.

ŁJ: Myślę, że etniczny element muzyki globalnego południa rozpoczął się na samym początku Alamedy, kiedy Rafał przyszedł do naszego składu i zaproponował instrumentarium, na którym grałem, a więc perkusjonalia. Sam fakt, że w ogóle zaczęliśmy, że ten projekt miał już w sobie brzmienie kong i djemby, to już sugeruje tropikalne koneksje i potem to rozwijaliśmy.

Osobiście miałem coś takiego, że odkrycie Sublime Frequencies było czymś szczególnym. To, że można w ogóle mieć dostęp do takiej ilości muzyki ze świata, różnych lat i różnych epok, było pewnym objawieniem. Muzyka klubowa z takich krajów jak Angola, RPA czy Ugandy, wytwórnie takie jak Nyege Nyege, Hakuna Kulala, China Bot, czy Navi Records z Meksyku – ta muzyka klubowa gdzieś tam jest, cały czas nam towarzyszy, też inspiruje nas w Alamedzie. Też takim „naszym objawieniem” było chyba zobaczenie Nihiloxici na żywo w Warszawie. Tak samo Arsenal Mikebe, poznanie w ogóle tych zespołów, które łączą granie na bębnach z elektroniką.

RI: O tym może powiedzieć Kuba, który wcześniej zaczynał grać jako Stara Rzeka, gdzie między innymi psychofolk był dużą inspiracja. Ja wcześniej grałem w Hati, w którym przez wiele lat eksplorowaliśmy wirtualną muzykę Azji. Po drodze również powstało Innercity Ensemble, a Kuba zwerbował między innymi Hati do tego septetu, który działał przez dziesięć lat. Pojawiły się tam też wątki etniczne, tradycyjne, czy folkowe. Ja lubię pojęcie „muzyki ludu”. To, co lubi słuchać lud, to chce się też grać. Nie możemy wytłumaczyć tego tak konkretnie, ale czujemy, że robimy to, co trzeba.

Łukasz Jędrzejczak z zespołu Alameda gra na syntezatorach na Festiwalu Ethno Port 2026
Łukasz Jędrzejczak (fot. Hanna Adamczyk)

Na płytach słyszałam u was gqom oraz batidę. A jaki jest taki najbardziej szalony kierunek świata, w który chcielibyście muzycznie pójść?

ŁJ: Mam takie marzenie, żeby zrobić coś baile funkowego, żeby baile funk bardziej może wpleść w Alamedę.

RI: Nie ukrywam, że chciałbym się znaleźć w Brazylii i przejść ostry trening candomblé. Może się to uda, bo to muzyka rytualna, która jest taką spadkobierczynią niewolnictwa, związana z religią synkretyczną – generalnie muzyka oparta na bardzo konkretnych rytmach i też wymagająca studiowania.

Z drugiej strony jest Maroko, które mnie fascynuje, do którego cały czas wracam. Jest to kraj „multikulti”, bardzo bogaty, tak jak Brazylia. Może właśnie interesują mnie głównie takie bogate kraje, takie miejsca świata, gdzie ścierają się różne kultury od wieków, przenikają i tworzą się nowe hybrydy. My, jako Alameda, też jesteśmy taką hybrydą.

KZ: Ja tutaj się podłączę tutaj do życzeń kolegi, bo Brazylia też jest dla mnie takim miejscem, do którego bym najchętniej, najczęściej wracał muzycznie, ale też po prostu jest bardzo interesującym miejsce do życia i zwiedzania. Dość nieodkrytą dla mnie rzeczą jest również Azja. Byłem raz w Tadżykistanie i współpracowałem tam z muzykami. Za to jeszcze nigdy nie śledziłem muzyki z Tajlandii, czy z Chin.

Brazylia i Afryka to są jednak te dwa kontynenty, do których mnie najmocniej ciągnie wewnętrznie i z potrzeby serca. Życia by nie starczyło, żeby tak naprawdę poznać choć 5% tego wszystkiego, więc cieszę się, że właśnie takie dzięki takim współpracom jak z Noumsem możemy mieć pierwiastek tego w Polsce i nauczyć się tego.

Po więcej wywiadów ze świata muzyki zapraszamy tutaj!