
Rozmowa z Adamem Małyszem to spotkanie nie tylko z legendą sportu, ale też człowiekiem, który od lat angażuje się w inicjatywy wykraczające daleko poza skocznię. Przy okazji kolejnej edycji Wings for Life World Run w Poznaniu były mistrz świata opowiedział o swojej relacji z miastem, fenomenie „Małyszomanii”, pomaganiu innym i o tym, dlaczego rola „Kapitana Wąsa” wciąż daje mu tyle satysfakcji. Nie zabrakło także wspomnień z największych sukcesów sportowych i refleksji o tym, jak zmieniło się życie po zakończeniu kariery.
SM: Na początek poprosiłbym o przedstawienie się.
AM: Nazywam się Paweł Grągiel i jestem ze wsi Dolnej.
Ale tak naprawdę?
Żartuję. Dzień dobry, witam serdecznie. Adam Małysz, były skoczek narciarski, rajdowiec i jeszcze kilka innych rzeczy by się znalazło.
Zacznijmy może od tego, co łączy Pana z Poznaniem. Jest Pan obecny przy każdej edycji biegu Wings for Life. Dużo mówi się o charytatywnym charakterze tego wydarzenia, ale Poznań zdecydowanie się tutaj wyróżnia. Jakie ma Pan związki z tym miastem? Lubi Pan Poznań?
Bardzo lubię Poznań. Kiedyś zaczynaliśmy ten bieg na Malcie, teraz jesteśmy na Targach Poznańskich, więc te tereny znam już bardzo dobrze. Miałem też okazję trochę pozwiedzać miasto, może nie całe, ale jego sporą część. Przede wszystkim jednak Poznań zawsze będzie mi się kojarzył z Wings for Life World Run. Jestem bardzo związany z tym biegiem jako ambasador i kierowca Catcher Cara, dlatego mocno się z nim utożsamiam.

Jak właściwie doszło do tego, że został Pan ambasadorem Wings for Life World Run?
Wszystko zaczęło się od pierwszej edycji biegu, w której sam uczestniczyłem. Michał Kościuszko prowadził wtedy Catcher Cara. To było dla mnie spore przeżycie, bo w tamtym czasie praktycznie w ogóle nie biegałem. Jeździłem wprawdzie w rajdach, czyli uprawiałem sport wytrzymałościowy, ale przygotowania stricte biegowego nie miałem. Przebiegłem wtedy prawie 20 kilometrów i później przez tydzień ciężko było chodzić. Sama idea Wings for Life pojawiła się w czasie, gdy już od kilku lat współpracowałem z Red Bullem. Zaproponowano mi udział w tym wydarzeniu i naturalnie stałem się jego ambasadorem. Później doszła jeszcze postać „Kapitana Wąsa”, która stała się bardzo rozpoznawalna. Dzisiaj często ludzie krzyczą bardziej „Kapitan Wąs jedzie!” niż „Adam Małysz”.
Dlaczego zdecydował się Pan zaangażować właśnie w ten projekt? Co sprawia, że ten bieg jest dla Pana tak ważny?
Jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze sam format biegu jest wyjątkowy. Tutaj nie biegnie się klasycznie do mety. To meta, czyli Catcher Car, goni uczestników, a zawodnik kończy bieg dopiero wtedy, gdy samochód go wyprzedzi. Ale najważniejsza jest idea pomocy. Cały dochód trafia do fundacji Wings for Life, która finansuje badania nad leczeniem przerwanego rdzenia kręgowego. Chodzi o to, żeby osoby, które dziś nie mogą chodzić, w przyszłości mogły stanąć na nogi i pobiec razem z nami. I właśnie ten cel jest dla mnie najważniejszy.
Kiedy w Pana życiu pojawiła się potrzeba pomagania innym?
Myślę, że pomagamy już od dziecka. I nie zawsze chodzi o pomoc finansową czy taką bardzo widoczną. Czasami wystarczy komuś doradzić, wesprzeć go albo zrobić coś dobrego. To też jest pomoc. Wydaje mi się, że każdy z nas ma to w sobie.
Wings for Life World Run to dziś wydarzenie globalne. Jak doszło do tego, że bieg rozprzestrzenił się praktycznie na cały świat?
Taki był zamysł od samego początku, żeby cały świat wystartował jednocześnie. W Europie zaczynamy o 13:00, ale w innych częściach świata wygląda to zupełnie inaczej przez strefy czasowe. Pamiętam edycję gdzieś w Ameryce Południowej, gdzie uczestnicy biegli już praktycznie w nocy. To pokazuje, że ten bieg nie ma granic, ani wiekowych, ani geograficznych. Każdy może pobiec i pomagać. Dodatkowo pojawiła się aplikacja, dzięki której można uczestniczyć z dowolnego miejsca na świecie. To rozwiązanie szczególnie rozwinęło się w czasie pandemii. Sam trzy razy biegłem z aplikacją i muszę przyznać, że najdziwniejsze było słuchanie własnego głosu, bo razem z Bartkiem Topą nagrywaliśmy komunikaty do aplikacji. Trochę zabawnie było słyszeć: „Tu Kapitan Wąs, zbliżam się do ciebie”. Mimo wszystko wolę być tutaj, w Poznaniu, i prowadzić Catcher Cara na żywo.
Jak dokładnie działa wersja biegu z aplikacją?
Aplikacja odwzorowuje prawdziwy bieg. Uczestnik ma przy sobie telefon i słuchawki. Najpierw jest rozgrzewka, później odliczanie do startu, a następnie przez cały czas słyszy komunikaty o tym, gdzie znajduje się Catcher Car i jak szybko się zbliża. W końcu pojawia się komunikat, że samochód cię dogonił i bieg dobiegł końca. Potem aplikacja zachęca do zrobienia zdjęcia czy podzielenia się swoją trasą. To naprawdę daje poczucie uczestnictwa w tym samym wydarzeniu.
Skąd wziął się pseudonim „Kapitan Wąs”?
Wąs towarzyszy mi praktycznie od zawsze. Nigdy go całkowicie nie zgoliłem. Moim idolem był Jens Weissflog, który też miał charakterystyczny wąsik, więc trochę się na nim wzorowałem. Kiedy Red Bull zaproponował stworzenie postaci komiksowej, pojawił się pomysł „Kapitana Wąsa”. Spodobało mi się to i tak już zostało. Dziś ludzie bardzo mocno mnie z tą postacią utożsamiają.
Co sprawia, że ludzie tak licznie biorą udział w tym biegu?
Powodów jest kilka. Po pierwsze chęć pomocy tym, którzy sami nie mogą pobiec. Po drugie możliwość sprawdzenia siebie i pobicia własnych rekordów. No i sam format biegu jest wyjątkowy. Tutaj to meta goni ciebie, a nie odwrotnie. Myślę też, że ogromną rolę odgrywa atmosfera i poczucie wspólnoty. Widać to choćby po zapisach, w tym roku osiem tysięcy pakietów rozeszło się w dwie godziny, a rok wcześniej praktycznie w pięć minut. To pokazuje skalę zainteresowania.
Z roku na rok liczba uczestników rośnie
Tak, szczególnie jeśli chodzi o aplikację. W samym Poznaniu mamy ograniczenia i maksymalnie może wystartować około ośmiu–dziewięciu tysięcy osób. Reszta biegnie online. Czasami zdarza się nawet, że uczestnicy z aplikacją dołączają później do głównej trasy biegu. Widziałem takie sytuacje i to pokazuje, że tutaj naprawdę można stworzyć wyjątkową społeczność.
Organizacja tak dużego wydarzenia wiąże się też z utrudnieniami dla miasta, zamkniętymi ulicami czy zmianami w ruchu. Dlaczego, Pana zdaniem, właśnie Poznań stał się gospodarzem tego biegu?
Myślę, że duże znaczenie ma otwartość miasta i władz. Oczywiście ten dzień jest trochę sparaliżowany przez bieg, szczególnie teraz, gdy trasa prowadzi przez centrum. Poznań ma też świetną infrastrukturę, szerokie drogi i dużą przestrzeń startową. Na Malcie, gdzie zaczynaliśmy, robiło się już ciasno. Tutaj uczestnicy mogą od razu szeroko ruszyć na trasę i to zdecydowanie poprawia komfort biegu.
A prywatnie, jak ocenia Pan Poznań na tle innych miast w Polsce?
Każde miasto ma swój charakter i swoje atuty. Warto podróżować i poznawać tę różnorodność, architekturę, kuchnię, atmosferę czy sposób spędzania czasu. Poznań zdecydowanie ma swój klimat i myślę, że jest miejscem wartym odwiedzenia.
Z czego najbardziej kojarzy się Panu Poznań?
Na pewno z Maltą, szczególnie w kontekście sportu. Oczywiście z rogali świętomarcińskich, które są naprawdę wyjątkowe. No i z targami, które należą do największych w Polsce.Bardzo podoba mi się też różnorodność architektury. Miasto nie jest monotonne każdy fragment wygląda trochę inaczej.
A gdyby miał Pan wskazać jedną „perełkę” Poznania?
Właśnie Maltę. Jest tam dużo zieleni, przestrzeni i natury. Kiedy start biegu odbywał się tam, mieszkaliśmy praktycznie nad samą wodą. Wychodziło się rano i od razu czuło świeże powietrze, bliskość lasu i natury. To zawsze było mi bardzo bliskie.

Da się porównać Poznań do Wisły?
To zupełnie inne miejsca. Poznań jest dużym miastem, a Wisła leży między górami i ma około 11 tysięcy mieszkańców. To właściwie wielkość jednej dzielnicy Poznania. Trudno więc je porównywać, bo oba miejsca mają zupełnie inny charakter.
Mam wrażenie, że jest Pan jedną z niewielu postaci, które łączą pokolenia. Młodzi ludzie mogą nie znać wielu dawnych gwiazd, ale nazwisko Adam Małysz kojarzy praktycznie każdy. Z czego to wynika
Ogromna zasługa należy tutaj do rodziców. To oni wychowywali się na moich skokach i dziś przekazują te wspomnienia swoim dzieciom. Tamte lata były wyjątkowe, sukcesów polskiego sportu nie było wtedy aż tak dużo, dlatego narodziła się „Małyszomania”. Ludzie utożsamiali się z tymi emocjami i tymi sukcesami. Myślę, że dlatego ta popularność nadal trwa.
Młodzi ludzie nadal proszą o zdjęcia i autografy?
To zależy od wieku. Najmłodsze pokolenie ma już trochę inne zainteresowania, takie jak gry, elektronikę, internet. Nawet skoki narciarskie nie interesują ich tak bardzo jak kiedyś. Ale starsza młodzież czy dorośli nadal często podchodzą po zdjęcie albo autograf. Chociaż oczywiście z czasem ta popularność będzie się zmieniać, bo nic nie trwa wiecznie.
Jak Pan się czuje z tym, że rodzice przekazują swoim dzieciom pamięć o Panu i o Pańskich sukcesach
Bardzo dobrze. To pokazuje skalę tego, co wydarzyło się między 2000 a 2010 rokiem.Ja zawsze marzyłem o sukcesach sportowych, ale chyba nikt z nas nie spodziewał się aż takiej popularności. Nie byłem na nią w pełni przygotowany, ale dziś widzę, że w większości przypadków bardzo pomaga mi ona w życiu.
Miło jest być pamiętanym?
Oczywiście. Myślę, że każdy człowiek, który osiąga sukcesy nie tylko sportowiec chciałby zostać zapamiętany.
Które wydarzenie sportowe wspomina Pan najbardziej emocjonalnie?
Jeśli chodzi o skoki narciarskie, to zdecydowanie mistrzostwa świata w Predazzo, gdzie zdobyłem dwa złote medale na małej i dużej skoczni. Ale tak naprawdę całą swoją karierę traktuję jako jedną całość. Najważniejsze jest dla mnie to, że przez tyle lat udało mi się utrzymać wysoki poziom.
Przejdźmy jeszcze na chwilę do życia prywatnego. Czy rodzice od początku widzieli w Panu przyszłego mistrza?
Myślę, że nie da się tego przewidzieć. Każdy rodzic marzy o sukcesie swojego dziecka i stara się je wspierać, ale w sporcie wszystko trzeba wypracować. Dopiero z czasem okazuje się, czy ktoś ma odpowiednie predyspozycje i charakter.
Ale wierzyli w Pana?
Myślę, że tak. Większość rodziców wspiera swoje dzieci i wierzy, że mogą osiągnąć sukces. Bez takiego wsparcia byłoby bardzo trudno dojść do czegokolwiek.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Dzięki wielkie!
Po więcej tekstów ze świata informacji i publicystyki zapraszamy tutaj!