Joji — Smithereens [Recenzja]

Smithereens to najnowszy krążek w dyskografii Joji. Japończyk po dwóch latach od premiery ostatniego albumu Nectar w końcu powrócił na streamingi ze swoim czwartym, pełnowymiarowym wydawnictwem. Na albumie Smithereens znalazł się głośny singiel Glimpse Of Us, który już w pierwszych dniach premiery uplasował się na pierwszym miejscu list przebojów w ośmiu krajach. Czy nietuzinkowa wizja na tworzenie muzyki po raz kolejny okazała się być strzałem w dziesiątkę?

Smithereens

Joji i jego specyficzna aura

Połączenie kilku gatunków i stworzenie z tego spójnej, unikatowej całości to duże wyzwanie dla każdego artysty, który decyduje się podążać po alternatywnej, elektronicznej ścieżce. Osoby oczekujące kolejnego, pełnowymiarowego wydawnictwa Joji, z pewnością były jednak gotowe na nietuzinkowe i eksperymentalne brzmieniowo kompozycje. Wyważona mieszkanka gatunkowa oraz pościelowe spojrzenie na R&B i muzykę soulową stały się niejako jego znakami rozpoznawalnymi. Artysta od samego początku swojej kariery muzycznej zaskakiwał melancholijną aurą, która bardzo wdzięcznie serfowała po elektronicznej warstwie instrumentalnej. Synergia obu tych aspektów sprawiła, że Joji bardzo szybko zdobył sympatię słuchaczy. Nowe wydawnictwo to zdecydowanie kolejny rozdział w zabawie brzmieniem, która tym razem została przekazana odbiorcy w nieco innej formie. Między całkowitą improwizacją i pełnią ekspresji, a dojrzałą, świadomą opowieścią o różnych odsłonach miłości nastąpił klarowny podział.

Smithereens – melancholijne opowieści na płycie A

Album Smithereens został podzielony na dwie części — płytę A oraz płytę B. Pierwsza z nich bazuje przede wszystkim na nostalgicznych balladach i dojrzałej liryce. Joji wprowadza słuchacza w stan melancholii. Próba przeniesienia myśli i odczuć słuchacza w inny wymiar to zabieg, który artysta implementuje w każdym wydawnictwie. I po raz kolejny wychodzi mu to znakomicie. Na tej części płyty znajduje się głośny singiel Glimpse Of Us. Ten kawałek to jedna z najgłośniejszych premier w całej dyskografii Joji. Utwór stał się viralowym hitem na platformie TikTok i ma obecnie ponad 650 milionów odtworzeń na Spotify. Tym oto sposobem Joji stał się pierwszym artystą z Azji, który znalazł się na pierwszym miejscu w Spotify Global.

Podmiot liryczny staje się ofiarą swoich własnych uczuć. Szuka zalążków miłości w relacjach, które w teorii mają przynieść ukojenie, a w praktyce tylko przypominają mu o uczuciu, jakim darzył tą jedyną osobę. Szuka mgnienia, dzięki któremu ponownie poczuje jej obecność.

Na tej części płyty znalazły się także takie utwory jak: Die For You, Dissolve, Feeling Like The End, a także Before The Day Is Over. Die For You i Dissolve to muzyczna odchłań, którą można kochać, lub nienawidzić. W moim przekonaniu są to jednak jedne z najlepszych i najciekawszych propozycji na płycie A. Wokal prowadzony jest w typowy dla artysty sposób. Maniera śpiewania „od niechcenia” tworzy niepowtarzalną aurę, którą dodatkowo wzbogacają różne efekty i zabiegi postprodukcyjne. Żałuję tylko, że Joji zdecydował się na atak dużą ilość autotune. Ta część płyty to odpowiedz na potrzeby odbiorców ceniących ambitniejsze pościelówki w klimatach R&B.

Płyta B, czyli low fidelity w czystej postaci

Druga część płyty została wyprodukowana przez samego wokalistę i to właśnie na niej Joji mógł puścić wodze fantazji. Na tej części znajdziemy przede wszystkim lo-fi i niestandardowe dźwięki, które niejako przypominają mi pierwsze produkcje artysty. Mówiąc o każdym z kawałków, które znalazły się na płycie B, warto przypomnieć definicję określenia low fidelity. Lo-fi to termin odnoszący się do sposobu tworzenia muzyki – głównie pod kątem warstwy brzmieniowej. Produkcje lo-fi cechuje komplety chaos gatunkowy, oderwanie od typowych ram w tworzeniu muzyki, niska jakość nagrań, czy intensyfikacja efektów i filtrów. Degradacja brzmieniowa to w pełni przemyślana koncepcja, która ma na celu podkreślenie i uwydatnienie autentyczności. Płyta B to w zasadzie dokładne odzwierciedlenie tego terminu. Trudno nie spostrzec, że w dobie komercyjnych i nastawionych na tiktokowe zasięgi produkcji, zwyczajnie brakuje swawolnych surówek. Joji znajduje tę lukę. Ma też ponadprzeciętną umiejętność rywalizowania z nieskazitelnymi, oszlifowanymi do granic możliwości popowymi kawałkami.

Smithereens jako teleport do przeszłości

Singlem promującym płytę B stał się utwór YUKON (INTERLUDE). Nie jest to zaskoczenie, że znacząco różni się on do Glimpse Of Us. W końcu oba te utwory stanowią zapowiedzi zupełnie innych obszarów stylistycznych. W warstwie instrumentalnej możemy usłyszeć wyraźne pianino, syntezator i skrzypce. Pojawia się tu oczywiście wiele efektów postprodukcyjnych, które zdecydowanie wybijają się na pierwszy plan. Liryka odgrywa drugorzędną rolę, co zauważalne było już na poprzednich wydawnictwach artysty. Joji ma jednak niebywałą umiejętność prowadzenia utworu w taki sposób, że nawet najbardziej banalna warstwa liryczna zaczyna nabierać istotnego znaczenia. Potwierdzeniem tej tezy jest utwór Your Man z albumu Nectar. Artysta powtarza tam dosłownie cztery wersy, ale mocne bity, syntezatory i kilka finezyjnych filtrów nadaje temu utworowi zupełnie innego, niebanalnego wymiaru.

YUKON brzmieniowo mocno nawiązuje do kawałków, które znalazły się na jego poprzedniej, pełnowymiarowej produkcji. Daleko mu do tak dobrych kompozycji jak Run, Gimme Love, Sanctuary, czy właśnie Your Man. Miło jednak usłyszeć Joji ponownie w eksperymentalnej stylistyce, która podbiła serca milionów słuchaczy w 2018 (BALLADS 1), a potem w 2020 roku (Nectar).

Historia złamanego serca

Do całego wydawnictwa Smithereens mam dość ambiwalentny stosunek. Z niecierpliwością czekałam, aż płyta ujrzy światło dzienne i znajdzie się w serwisach streamingowych. Doskonale znając poprzednie produkcje Joji, miałam naprawdę duże oczekiwania. W pełni rozumiem intencjonalną degradację warstwy instrumentalnej, która wyłamuje się z pod komercyjnych schematów. Doceniam też alternatywne podejście do tworzenia muzyki, która niezgrabnie balansuje w obrębie gatunku R&B. W Smithereens niezaprzeczalnie można dostrzec zalążek tego, co stanowiło fundament poprzednich albumów. Jest to dokładnie taki typ brzmienia, który Joji lubi najbardziej i do tej pory potrafił to udowodnić. Ten krążek nie jest jednak nawet w połowie tak dobry jak Nectar.

Warstwa liryczna jest spójna, ale i w pełni zamknięta na jeden obszar tematyczny. Wszystko jest smutne, niewyraziste i nawiązujące do kwestii złamanego serca. Trudno więc nazwać ten album odkrywczym, czy dostarczającym wielu emocji. Liczę, że kolejne, alternatywne produkcje w klimatach R&B udowodnią olbrzymi potencjał, jaki bez wątpienia drzemie w tym artyście.

Po więcej ciekawych tekstów ze świata muzyki zapraszamy tutaj – meteor.amu.edu.pl/programy/magmuz/