Po blamażu z AGF Aarhus i odpadnięciu z eliminacji do Ligi Mistrzów, Lech Poznań miał okazję zrehabilitować się w europejskich rozgrywkach. Na jego drodze stanął KÍ Klaksvik, drużyna z Wysp Owczych. Na papierze wydawało się, że przeszkoda będzie dużo łatwiejsza do pokonania. Jednakże Kolejorz znów brutalnie sprowadził swoich kibiców na ziemię i wciąż zmaga się z formą o wątpliwej jakości.

Bez pierwszego trenera i z utrudnionym dopingiem
Pierwsze komplikacje pojawiły się już kilka dni wcześniej. Wówczas na kanałach informacyjnych poznańskiej drużyny pojawiła się informacja, że UEFA nałożyła karę w postaci zamknięcia „Kotła”, czyli trybuny, gdzie przeważnie znajdują się najbardziej zagorzali kibice Lecha. Oprócz tego Lechici musieli sobie radzić bez szefa całego zespołu, jakim jest Niels Frederiksen. Ten w ramach kary za zbyt późne wyjście drużyny na boisko, został ukarany jednym meczem zawieszenia. Oznaczało to, że jego obowiązki przejmie Andreas Hagen, asystent pierwszego trenera Lecha Poznań.

Książkowe bicie głową w mur
Poznaniacy, zgodnie z przewidywaniami, dyktowali warunki gry i zdecydowanie przeważali w aspekcie czasu utrzymywania się przy piłce i szukaniu dogodnych okazji. Inna sprawa jest taka, że farerski zespół upodobał sobie plan na mecz w postaci niskiej defensywy. Oddał piłkę Lechowi i szukał pojedynczych okazji do ruszenia z atakiem w stronę bramki Mateusza Lisa. I co tu dużo mówić – ten plan zadziałał.

Kolejorz miał zdecydowaną przewagę, ale nie miała ona większego przełożenia na sytuacje bramkowe, po których piłkarze mogli zagrozić bramkarzowi Klaksvik. Najgroźniejszym momentem był okres między 15. a 25. minutą meczu, kiedy to Lech stworzył sobie kilka bardzo dobrych sytuacji. Jedną z nich był chociażby strzał Allahyara Sayyadmanesha. Mimo tego, za każdym razem górą był Mark Jensen, bramkarz gości. Do końca pierwszej połowy wynik pozostał bezbramkowy.
Brak skuteczności wciąż firmowym znakiem
Na drugą połowę Lech zarządził jedną zmianę – ukaranego żółtą kartką i nieco elektrycznego Radosława Murawskiego zastąpił Luis Palma. Bardziej ofensywny wariant gry mógł się sprawdzić tuż po przerwie, kiedy to Pablo Rodriguez znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Hiszpan jednak spudłował w bardzo dogodnej sytuacji.

Dalsza część spotkania wyglądała niemal identycznie co jego pierwsza odsłona. Lech szukał okazji, ale dalej nie mógł się przebić przez farerski mur, a piłkarze trenera Magnusa Powella skutecznie uprzykrzali życie zawodnikom poznańskiej drużyny. W drugiej połowie już nieco śmielej próbowali ataków, głównie przy pomocy wrzutek oraz stałych fragmentów gry. Dość powiedzieć, że najgroźniejsza sytuacja Klaksvik miała miejsce po próbie wkręcenia piłki z rzutu rożnego. Mateusz Lis miał dużo szczęścia, że futbolówka zatrzymała się tylko na poprzeczce.
Wielka ulga i promyk nadziei
Gdy mecz zbliżał się ku końcowi, wydawało się, że Lech skomplikuje sobie kwestie rewanżu z Klaksvik i potencjalnego awansu do kolejnej rundy. Wtedy na ratunek przyszedł Yannick Agnero. Iworyjczyk zdołał przyjąć świetne podanie od Mikaela Ishaka, urwać się obronie gości i pewnie zamienić strzał na bramkę. I to właśnie ona dała Lechowi Poznań zwycięstwo i skromną zaliczkę przed rewanżem na Wyspach Owczych.
Z pewnością cieszy dobry okres iworyjskiego napastnika. W obliczu słabszej formy kapitana Kolejorza daje on sygnały, że można na niego liczyć oraz że przyniesie konkrety w postaci strzelonych goli i wykreowanych sytuacji. Nic dziwnego, że wobec takiej sytuacji kibice poznańskiej lokomotywy mają powody, by wierzyć w Agnero. Co więcej, wśród nich pojawili się zwolennicy dawania młodemu napastnikowi więcej szans w większym wymiarze czasowym.
Dużo pytań, bardzo mało odpowiedzi
Prawdziwą zagadką jest to, co wydarzyło się z Lechem w ostatnich tygodniach. Osoba nastawiona optymistycznie może powiedzieć, że przecież Lech wygrywa mecze. Na dobrą sprawę w tym sezonie przegrał tylko i wyłącznie w rewanżowym starciu z Duńczykami. Z drugiej strony, pesymiści (a także pewnie i realiści) powiedzą, że mimo ostatnich wygranych z Wieczystą oraz Klaksvik, Lech grał bardzo siermiężnie. Do tego był do bólu nieskuteczny i miał problemy nawet z dużo gorszymi rywalami. Kibice sugerują, że być może jest to wina ciążącej w głowach porażki i odpadnięciu z eliminacji do Ligi Mistrzów.
My na szczęście gramy tak szybko te mecze, że nie ma jakiegoś momentu na zmartwienia. Wiadomo, ta porażka była bardzo bolesna, bo marzyliśmy o tej Lidze Mistrzów, ale tak naprawdę tydzień już minął i musimy skupiać się na następnym celu, jakim jest Liga Europy.
Tak wypowiedział się Michał Gurgul po zakończonym spotkaniu. Słowa polskiego obrońcy mogą dawać kibicom do zrozumienia, że zespół zdążył już przeboleć tę katastrofę i dąży do osiągnięcia kolejnych celów.

Niemniej jednak do optymalnej formy Kolejorzowi jest bardzo daleko. Jednobramkowa zaliczka przed rewanżem na Wyspach Owczych cieszy, ale nie na tyle, by móc spać spokojnie. Zanim jednak do tego spotkania dojdzie, Lech będzie mieć jeszcze okazję podbudować swoje morale przy okazji ligowego starcia. Ich przeciwnikiem będzie Piast Gliwice.
Piotr Stachura
***
Po więcej ciekawych tekstów ze świata sportu zapraszamy tutaj -> Planeta Sportu