Shang Chi (recenzja) – najnowszy bohater Marvela

Od kiedy jestem fanem uniwersum Marvela, zawsze czułem lekki niepokój, kiedy wprowadzano nową postać. Wkradała się nutka niepewności, czy to wypali. Trailer Shang Chi i Legendy dziesięciu pierścieni nie powalał na kolana, więc do kina wybierałem się z ostudzonym optymizmem. Młody mistrz sztuk walki przekonał mnie jednak do siebie w ciągu tych dwóch godzin trwania filmu i czekam już na jego kolejne pojawienia się w serii.

źródło: majesticphx.com

Pierwszy azjatycki Avenger

Shane (Simu Liu) wydaje się być normalnym młodym człowiekiem próbującym dorobić się w San Francisco, lecz z raczej opłakanym skutkiem. Ma najlepszą przyjaciółkę – Katy (Awkwafina, której zazwyczaj nie mogę zdzierżyć, ale tu wypadła nawet przyzwoicie), z którą pracuje i spędza wolny czas. Nagle jednak jego przeszłość i, delikatnie mówiąc, skomplikowana sytuacja rodzinna łapią go za gardło. Dosłownie i w przenośni. Okazuje się bowiem być kimś innym, niż za kogo się podaje. Od tego momentu jego życie nabiera niespotykanego dotychczas rozpędu, gdy musi się zmierzyć ze swoimi widmami. Legenda dziesięciu pierścieni jest na pewno filmem niezwykle przyjemnym dla oka. Można się było tego spodziewać, patrząc na usadowienie w azjatyckim klimacie. No i oczywiście nie zabraknie na ekranie wielu scen walki w stylu kung-fu. Coś, co spodoba się fanom Bruce’a Lee.

źródło: gram.pl

Nie samą fabułą film żyje

Ciekawym akcentem jest kilka powracających postaci, których od dość dawna nie widzieliśmy. Grają jednak role epizodyczne lub drugoplanowe. Poza tym jak zwykle muzyka, zdjęcia i efekty specjalne są na najwyższym poziomie. Nie mogło zabraknąć też odrobiny humoru, choć raczej mniej ze strony głównych postaci. Do aktorów również nie ma się co przyczepiać. Simu Liu wypadł świetnie w debiucie filmowym na taką skalę i zaskarbił sobie moją sympatię. Trzeba też oddać szacunek charyzmatycznemu antagoniście, którego zagrał Tony Leung Chiu Wai. Reżyser Destin Daniel Cretton również zrobił dobrą robotę. Pod jednym względem Shang Chi jest podobny do poprzedniego dzieła Marvela – Czarnej Wdowy, bowiem zleciał bardzo szybko. Miałem wrażenie, że w trakcie filmu odwiedziliśmy tylko kilka lokacji i cała sprawa szybko się rozwiązała.

źródło: kultura.gazeta.pl

Co Shang Chi oznacza dla uniwersum Marvela?

Po pierwsze, dzięki scenom po napisach, wiemy, że idealnie wpasowuje się w początek czwartej fazy i rozpoczyna dalsze zdarzenia. Rozwiązuje też kilka wątków pozostających bez odpowiedzi od dawna, na przykład sprawa Mandaryna z Iron Mana 3. Shang Chi miał jeszcze jeden wpływ na moją przyszłość z MCU. Nie będę już oglądać trailerów, bowiem mogą nieco za dużo zdradzić. Jako samodzielny film wypadł nieźle. Daleko mu do moich faworytów, jak Strażnicy Galaktyki, ale nie ma się czego wstydzić. Myślę, że znalazłby miejsce w górnej połowie stawki, choć oczywiście pewnie dało się to zrobić lepiej.