Raz, dwa, trzy… zginiesz Ty – Recenzja „Squid Game”

Tej jesieni Netflix zaserwował nam pozycję, od której ciężko się oderwać. Niepozorna, dramatyczna, skłaniająca do refleksji i zdecydowanie nienadająca się do kocykowego chillowania. Właśnie taka jest najnowsza koreańska produkcja „The Squid Game”, która pomimo tego, że swoją premierę miała nieco ponad tydzień temu, to już zdążyła skraść serca polskich fanów. Odłóżcie herbatę i postawcie laptopa w stabilnym miejscu, bo ten serial nie pozwoli wam spokojnie rozkoszować się seansem.

Podwójna rozgrywka „Squid Game”

„Squid Game” to opowieść o grze rozgrywającej się na dwóch płaszczyznach. Na początku wszystko wydaje się dość płytkie. Obserwujemy losy 456 niezwiązanych ze sobą osób, którzy otrzymali propozycję nie do odrzucenia. Rozegranie sześciu dziecinnie prostych gier w zamian za olbrzymie pieniądze. Brzmi niewinnie? Przyglądając się uważnie ich codziennym problemom oraz sytuacjom, które doprowadziły ich do tak opłakanego stanu rzeczy, mogłoby się wydawać, że są w stanie zrobić wszystko, byleby wyrwać się z nędzy i rozpocząć nowe życie. Każdy z uczestników postawił wszystko na jedną kartę – walka o 45,6 miliarda południowokoreańskich wonów w zamian za… No właśnie za co? Szara rzeczywistość brutalnie przypomina nam o tym, że zgadzając się na pewne warunki, trzeba pamiętać o konsekwencjach. I właśnie tu „Squid Game” odsłania przed nami drugą płaszczyznę, która nadaje serialowi głębi.

„Squid Game”/źródło: filmweb.pl

Dziecinnie proste zasady gry

Największym zaskoczeniem „Squid Game” jest to, że w okrutnie bezpośredni sposób wykorzystuje dziecięcą niewinność przeciwko dorosłym. Każdy z uczestników rozpoczynając rozgrywki był zobowiązany do podpisania formularza. Zawierał on trzy najważniejsze zasady. Po pierwsze gracz nie może zrezygnować z rozgrywek. Po drugie kto odmówi udziału w grze, zostanie wyeliminowany. Ponadto jako ostatnia figurowała na liście najbardziej tragiczna zasada – rozgrywki mogą się zakończyć za zgodzą większości graczy. Zasady złudnie przypominając banalną grę dla dzieci, stają się z czasem prawami przeżycia. Co więcej po pierwszej rozgrywce przed graczami objawią się głębsze znaczenia poszczególnych podpunktów. Eliminacja zamienia się na brutalne morderstwo, na które wyrazili zgodę, a zgoda większości graczy staje się walką o resztki człowieczeństwa. Podsumowując, nic nie jest takie, jakim wydawało się na początku gry.

„Squid Game”/źródło: filmweb.pl

Dehumanizacja podana na tacy, czyli czym częstuje nas „Squid Game”

Zdecydowanie zgadzam się z tym, że częstowanie powinno przynosić na myśl prędzej maślane ciasteczka lub herbatę z konfiturą różaną, niż wyszukane zabiegi reżyserskie. Spójrzmy jednak na „Squid Game” z nieco innej strony. Pisałam wcześniej o niezwykłej dwoistości, którą obserwujemy niemal przez cały sezon serialu. Z jednej strony widzimy uczestników próbujących przeżyć mordercze rozgrywki. Z drugiej jednak z zaciętą miną i zaciśniętymi pięściami obserwujemy tych, którzy czuwają nad tym, aby całe przedsięwzięcie było na jak najwyższym poziomie. To co z maluje się krwią graczy, jako walka o przetrwanie, zostaje trywialnie sprowadzone do przyjemnego widowiska i obrzydliwie porównane do obstawiania wyścigów konnych. Dodatkowo utwierdza to odbiorców w przekonaniu, że wyżej wspomniana dehumanizacja to nie pojedynczy wybryk, a celowo zaplanowane działanie, które podawane jest spragnionym rozrywki na równi z dodatkową dolewką krwiście czerwonego wina.

Dobro i zło – na jakich szalach stawiani są ludzie?

Największym zaskoczeniem „Squid Game” jest dla mnie to, że nie stawia oczywistej granicy między dobrem i złem. Odwieczne pytanie o to, ile jest w stanie poświęcić człowiek, aby przetrwać nie znajduje tu swojej odpowiedzi. Obserwujemy nietypowe i ciekawie bolesne wyjście poza standardowy schemat. Tym razem możemy to pytanie nieco przeformułować i słowo „przetrwać” zamienić na „wygrać” lub „zdobyć”. Odejście od swojego człowieczeństwa na rzecz wygranej, podejmowanie się kolejnych wyzwań pomimo świadomości możliwej śmierci, decydowanie o tym czyje życie jest ważniejsze. Czy brzmi to jak dylematy „dobrych” bohaterów? Mimo tego, że nie jestem ogromną fanką otwartych zakończeń, tym razem czuję się usatysfakcjonowana brakiem odpowiedzi. Numery zamiast imion, maski pozwalające ukryć tożsamość i jednolitość uniformów sprawiają, że odbiorcy mogą z łatwością odnaleźć cząstki siebie w wielu bohaterach.

„Squid Game”/źródło: filmweb.pl

Zanurzenie w chłodną kalkulację, czyli dlaczego warto obejrzeć „Squid Game”

Podsumowując wszystkie te rozważania, myślę, że „Squid Game” to pozycja, która powinna stać się obowiązkową na liście każdego serialowego maniaka. Szczególnie, że jest ona idealna na długie jesienne wieczory. Tak jak wspomniałam na początku, to produkcja, która niewątpliwie skłania odbiorcę do pogłębionej refleksji. Z odcinka na odcinek nic nie wydaje się proste i oczywiste. Ponadto niemal apokaliptyczne kadry sprawiają, że zimny dreszczyk towarzyszy widzowi za każdym razem, gdy zanurza się w kolejny odcinek. Dodatkowo przeżycia wzmacnia również gra światła i coś co nazywam potocznie „kliszą”, czyli barwami w jakich jest nagrany jest serial. Wypłowiałe materiały i zimne odcienie wzmacniają surowość przekazu i nie pozwalają widzom oderwać się od ekranu. „Squid Game” jest serialem, który zostawia po sobie coś niepokojącego. Coś co podskórnie nie daje o sobie zapomnieć. Może jest to właśnie brak odpowiedzi na pytanie o to, czy warto wierzyć w dobro. A może niema chęć udowodnienia, że nie każdy z nas zagrałby w „Squid Game”.