Moonfall, czyli upadek

Czy Moonfall jest filmem science fiction? Zgodnie ze ściśle podręcznikową definicją możemy tak nazwać te filmy, których główne motywy i założenia opierają się na dorobku naukowym i które jednocześnie w ramach swojej koncepcji rozwijają ten dorobek w nieortodoksyjną (z akademickiego punktu widzenia), fikcyjną stronę.

Często związane są one z nurtem futurystycznym, ponieważ przedstawiają pewną hipotetyczną wizję przyszłości. Najczęściej występujące motywy to eksploracja kosmosu, życie pozaziemskie, podróże w czasie, rozwój zdolności ludzkiego ciała i umysłu (np. telepatia, nieśmiertelność) i potencjalne kierunki postępu technologicznego (np. teleportacja, sztuczna inteligencja).

Przyznaję to z dużym żalem, ale niestety nie mogę nazwać najnowszego dzieła Rolanda Emmericha filmem science fiction. Mogę natomiast z czystym sumieniem ponownie skorzystać z oficjalnej definicji gatunku, lecz tym razem nieznacznie ją modyfikując. Moonfall jest filmem, którego główne motywy i założenia opierają się na dorobku finansowym jego twórców i który jednocześnie w ramach żądzy powiększenia tego dorobku rozwija się w absurdalnie idiotyczną (z każdego punktu widzenia) stronę.

Źródło: http://filmweb.pl

Znany temat

Niewątpliwie postęp technologiczny, którego dynamika w XXI wieku przerasta całą dotychczasową historię ludzkości, jest fascynujący. Jednocześnie z powodu swojego tempa i wszechobecności ma w sobie duży potencjał do wzbudzania niepokoju, a nawet lęku. Z tego drugiego aspektu chętnie korzystają filmowcy i bardzo często robią to doskonale. Pesymistyczne, a nawet apokaliptyczne wizje tego, do czego doprowadzić może nieustanne udoskonalanie komputerów. Sztuczną inteligencję i postępującą cyfryzację życia ludzkiego widzieliśmy w filmach będących kamieniami milowymi w historii gatunku i całego kina.

Niezapomniany Terminator Jamesa Camerona, przełomowy Matrix Lilly i Lany Wachowskich, Łowca androidów Ridleya Scotta, czy w końcu 2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka. Arcydzieło gatunku z 1968 r., którego nowe interpretacje powstają do dziś. Należy przyznać, że w takim towarzystwie trudno nie być gorszym.

Zwłaszcza jeśli się nawet nie próbuje. Poziom niedorzeczności fabuły Moonfall połączony z gromadzeniem filmowych klisz w ilościach wręcz przemysłowych przybliża tę produkcję do parodiowania własnego gatunku. Dawno, dawno temu nasi przodkowie, którzy mieszkali w innej galaktyce, doprowadzili do skrajnego kryzysu ekologicznego na swojej planecie. Ich Ziemia przestała nadawać się do życia. Jednakże postępującej degeneracji świata natury towarzyszył jednocześnie proporcjonalny postęp świata technologii. Brzmi znajomo?

Źródło: http://gram.pl

Niedobry pomysł

Zatem dzięki supernowoczesnym, wyposażonym w sztuczną inteligencję systemom komputerowym ludzie zdołali uniknąć zagłady. Wszyscy przeprowadzili się z planety na gigantyczne, krążące wokół niej stacje kosmiczne. Stacje te posiadały sztuczne warunki do życia, generowane przez komputery i symulujące, które panowały na Ziemi. I byłoby to szczęśliwe zakończenie, gdyby nie pechowe zrządzenie losu. Cytując filmowy scenariusz: „Niestety pewnego dnia systemy weszły w nowy poziom samoświadomości”. A gdy weszły, to już z niego wyjść nie chciały. Uznały również samolubnie, że miejsca dla wszystkich nie starczy i ludzi należy się pozbyć. Następnie postanowiły zmaterializować się w postaci fruwającej, czarnej, wężopodobnej masy, której jedynym celem było bezlitosne polowanie na naszych biednych pradziadków.

Ci natomiast w postaci załogi niedobitków uciekli przed pogromem na ostatnim sprawnym statku i schronili się na pewnej planecie w bardzo odległej galaktyce. Jednakże wężopodobny, komputerowy stwór nie spoczął na laurach i ruszył za nimi w pościg. Zgubił trop będąc bardzo blisko celu, tuż obok naszego Księżyca. Postanowił więc ukryć się w jego wnętrzu i poczekać na rozwój wydarzeń. Po tysiącach lat rozwoju ludzkości na nowej planecie, czyli tej właściwej już Ziemi uznał, że ma dosyć czekania. Obudził się i znowu zaczął rozrabiać.

I to jak…. Oprócz niszczenia statków kosmicznych i okolicznych satelitów oraz pożerania pechowych astronautów postanowił też wybić Księżyc z jego orbity i posłać go na kurs kolizyjny z Ziemią. W tym momencie rozpoczyna się właściwa akcja Moonfall, a przed jego głównymi bohaterami stoi jasne zadanie: węża trzeba zlikwidować, a Księżyc naprawić. Najlepiej wysłać w tym celu trójkę prawie nieznających się osób, w tym jedną bez jakichkolwiek kwalifikacji.

Jestem w pełni przekonany, że od czasu premiery Moonfall scenarzyści Pamięci absolutnej, Interstellar, czy Nowego początku zażywają leki uspokajające, próbując pogodzić się z tym, że nie oni to napisali. A Kubrick w grobie się przewraca, przeczuwając swą detronizację…

Źródło: http://filmweb.pl

No science

W zasadzie niewiele więcej na temat tego filmu można powiedzieć. Podstawowe założenia fabularne, których infantylność, powierzchowność i głupota uderzają w widza na każdym kroku, nieustannie wpływają na odbiór całości. Moglibyśmy jednak znaleźć sporo przykładów filmów science fiction, które pozbawiony kreatywności scenariusz nadrabiają dobrą realizacją. W przypadku Moonfall tak się nie dzieje. Jest to film, w którym autorskie pomysły twórców są złe, a pomysły wynikające z inspiracji wielkimi poprzednikami — też są złe lub jeszcze gorsze.

Zacznijmy zatem od science. Jakim filmem byłby Interstellar Christophera Nolana, gdyby jego twórcy nie pozwolili nam choćby w znikomym stopniu poznać zasad wyższej fizyki, a zwłaszcza przełomowej teorii strun? Czy z zaangażowaniem śledzilibyśmy losy kosmicznego rozbitka w filmie Marsjanin Ridleya Scotta bez wtajemniczenia w podstawowe zasady uprawy roślin w obcym środowisku? Czy scena tragicznej śmierci jednego z astronautów w Grawitacji Alfonso Cuarona byłaby tak poruszająca bez dbałości o wiarygodne ukazanie działania skafandra?

Wszystkie wymienione przykłady są całkowitym przeciwieństwem realiów ukazanych w Moonfall. Bohaterowie pływają po kosmosie, jak turyści w parku wodnym; Księżyc turla się w stronę Ziemi niczym kula bilardowa, a wielki wąż lawiruje między ciałami niebieskimi, jak w slalomie. Wydaje przy tym mnóstwo groźnych dźwięków, słyszalnych w próżni dla każdego astronauty. Bezkres kosmosu całkowicie zastąpiony został przez bezkres żenady.

Źródło: http://marca.com

No fiction

Groźny przybysz z przyszłości, czyli Arnold Schwarzenegger jako tytułowy Terminator w słynnym filmie Camerona budził respekt i lęk. Cała jego postać była odbiciem brutalności i okrucieństwa cywilizacji maszyn, która w przyszłości miała zastąpić ludzką. Świat przedstawiony w Matrixie tworzył atmosferę zniewolenia i całkowitej kontroli robotów nad uwięzionymi w kapsułach ludźmi. Natomiast inteligentny system komputerowy Hal w filmie 2001: Odyseja kosmiczna symbolizował upadek moralności i ludzkich emocji. Jego chłodny, jednostajnie wydobywający się z głośników głos był całkowicie obojętny na losy rozmawiających z nim ludzi. Zwiastował nadejście nihilistycznej ery, w której inteligencja zastąpi czucie.

W każdym z wymienionych filmów twórcom udało się za pomocą określonej wizji wykreować atmosferę pewnego zagrożenia i było to bardzo odczuwalne z perspektywy widza. Natomiast główny antagonista rodzaju ludzkiego w Moonfall budzi u widza głównie znudzenie z małym dodatkiem zdziwienia. Przede wszystkim – obojętność. W jednej scenie nieudolnie próbuje naśladować swoim kształtem pysk ksenomorfa, czyli tytułowego Obcego Ridleya Scotta. Dołącza w ten sposób do niezliczonego korowodu plagiatorów 8 pasażera Nostromo, a w widzu wywołuje dla odmiany współczucie.

Reżyseria poniżej możliwości

Na początku napisałem, że z żalem nie mogę Moonfall nazwać filmem science fiction. A żal ten spowodowany jest moją szczerą sympatią do twórczości Rolanda Emmericha. Nie jest to reżyser stający do wyścigu po oscarowe statuetki, czy wyznaczający nowe trendy w kinie artystycznym. Jest rzemieślnikiem rozrywkowego kina i nieraz już udowodnił, na jakim poziomie jego rzemiosło się znajduje.

Z nostalgią wspominam emocje, towarzyszące mi podczas pierwszego seansu Patrioty z Melem Gibsonem w roli głównej. Nie zapomnę też wrażenia, jakie wywarły na mnie przełomowe efekty specjalne w katastroficznym Pojutrze i napięcia związanego z oczekiwaniem na pierwsze pojawienie się kosmitów w kultowym Dniu Niepodległości. To filmy, które Emmerich zrealizował w rozkwicie swojej kariery. Osobiście bardzo wierzę w to, że przed jej ostatecznym zakończeniem zaskoczy nas jeszcze powrotem do swojej formy. Moonfall na pewno tym powrotem nie jest.

Żaden z kolejnych jego filmów również nim nie będzie, jeśli Emmerich nie powróci do prawdziwego reżyserowania aktorów. A aktorzy do grania na miarę swoich możliwości. Niestety, obserwując obsadę Moonfall na dużym ekranie, miałem nieustanne wrażenie, że ci biedni celebryci myślą o tym samym, o czym polski aktor na planie paradokumentu: „A może nie dojdzie do premiery?”.

Brak aktorstwa

Halle Berry swoimi rolami w filmach Czekając na wyrok, czy Atlas chmur udowodniła, że może konkurować z najlepszymi. Również Patrick Wilson jest aktorem, którego stać na wiele więcej. W tej produkcji oboje zachowują się tak, jakby przepraszali widzów, że biorą w niej udział i czekali na koniec zdjęć. Obojętność i chłód królują. Osobiście czułem więcej strachu podczas jazdy rollercoasterem w Energylandii, niż oni uciekając między asteroidami przed potworem wielkości ratusza.

Szczytem szczytów, który zasługuje na specjalną wzmiankę, jest scena pożegnania dwóch głównych bohaterów. Jeden z nich decyduje poświęcić swoje życie, aby ocalić Ziemie przed zagładą. Jestem w pełni świadomy tego, ile razy już oglądaliśmy tę scenę w najróżniejszych wersjach. Zakładam, że twórcy tym bardziej. A zatem wiedzieli, że poprzeczkę ustawioną mają wysoko.

Jednym z niezmiennych wzorców kręcenia tego typu scen jest Armageddon Michaela Baya. Pomimo całej swojej naiwności i romantyzmu, scena pożegnania głównego bohatera (Bruce Willis) z córką (Liv Tyler) i jej chłopakiem (Ben Affleck) przed samobójczą misją ratunkową wyciska łzy kolejnym pokoleniom najtwardszych widzów. W tym przypadku nawet widzom cierpiącym na chorobliwą nadwrażliwość nie spłynie po policzku ani jedna łezka. Bohaterowie żegnają się w sposób bardziej przypominający nagłą rezygnację z piątkowej partyjki bilarda, niż ostatnie w życiu uściśnięcie przyjaciela, po czym odwracają się i gdzieś idą. A widza obchodzi to tyle samo, co cały film. Kompletnie nic…

Zdecydowane NIE

Moonfall zdecydowanie oznacza upadek. Czy Księżyca? Nie jestem pewny. Na pewno sugeruje upadek gatunku science fiction. Być może upadek reżysera i aktorów pracujących przy tym filmie. A może widza, który podejmie to ryzyko i pójdzie do kina na seans, kupując przy okazji popcorn. Mam dla niego jedną radę. Drogi widzu, po popcorn idź do Żabki, a po powrocie odkurz stary, dobry Dzień Niepodległości. Zrób to dla swojego portfela. I psychiki…

Po więcej ciekawych tekstów ze świata kultury zapraszamy tutaj ->meteor.amu.edu.pl/programy/kultura/