Liroy i spazma w 2progach, czyli jak powinien wyglądać rapowy koncert w 2026?

W ciągu zaledwie trzech dni na scenie 2progów wystąpili Liroy i spazma. Najprawdopodobniej jestem jedyną osobą, która w pełni świadomie wybrała się na oba te koncerty – 17.02 spazma x izonya polska i 20.02 Liroy + HWR & Karaz. Jednego dnia byłem jednym z najstarszych uczestników, by trzy dni później być jednym z najmłodszych. I co było oczywiste do przewidzenia – oba występy (i obie publiczności) znacząco się od siebie różniły, a to skłoniło mnie do pewnych refleksji: jak powinien wyglądać rapowy koncert w 2026 roku?

Choć obaj to raperzy, to jednak zupełnie inni pod właściwie każdym względem. Zarówno brzmieniowo, jak i mentalnie. Dla jednego i drugiego fraza „hip-hop” znaczy zupełnie co innego. Trudno się temu zresztą dziwić – pomiędzy nimi są w końcu aż 32 lata różnicy. Wychowali się w zupełnie innych czasach, środowiskach i z zupełnie innymi możliwościami. Podejrzewam nawet, że Szakal nigdy nie słyszał o kimś takim jak spazma, ale analogicznie nie byłbym specjalnie zdziwiony gdyby ten drugi nie był zaznajomiony z muzyką Liroya – jak ikoniczna by ona nie była dla starszych pokoleń. Idąc dalej, gdyby Kielczanin usłyszał frisbee, pewnie by się załamał, że hip-hop ewoluował w tę stronę. Jednocześnie, gdyby reprezentant OVM usłyszał Scoobiedoo Ya uznałby, że Liroy to „unc” niepotrafiący rapować. A jednak dzielą tę samą scenę; w znaczeniu dosłownym i metaforycznym.

fot. Mikołaj Plewa

To samo odnosi się też do publiki – przedstawicieli zupełnie innych pokoleń i generacji mających zupełnie inne doświadczenia, zmagających się z innymi problemami. W przypadku Liroya audiencja była zdecydowanie starsza, wychowana na jego muzyce, a usłyszenie Scyzoryka czy Scoobiedoo Ya to dla niej sentymentalna podróż do dzieciństwa. Utożsamiająca się z jego Autobiografią. Podejrzewam nawet, że dla niektórych to mógł być pierwszy koncert na jaki wybrali się od dobrych paru lat.

Tymczasem odbiorcy spazmy wychowują się na nim teraz. Liczne grono odbiorców pewnie nawet nie mogło wejść z uwagi na ograniczenie wiekowe koncertu. Jednak nawet pomimo tego publiczność była pi razy oko dwukrotnie większa.

fot. Magda Grodzicka
Liroy vs spazma

Cały koncert Liroya był całkiem „klasyczny”, z należytym szacunkiem dla kultury. Sporo narracji, anegdot, kontaktu słownego z publiką, standardowego „machania łapą” czy „kiedy ja mówię „hip!”, wy mówicie „hop!” / hip! hop!, hip! hop!”. Wspominek o początkach polskiego hip-hopu w Kielcach, tańczeniu breakdance. Pojawił się nawet hołd dla nowojorskich klasyków spod szyldu Wu-Tang Clanu. Obowiązkowe było też nawijanie wszystkich wersów, bez zabawy w żadne wokale w tle. Czuć było, że L. dobrze się bawi robiąc to, co kocha i na czym „zjadł zęby”. Chwilę przed zagraniem legendarnego Scyzoryka padły nawet słowa, że jeśli ktoś lubi pogo, to niech się bawi, ale nikt nawet nie spróbował go rozkręcić. Pewnie po raz ostatni uczestniczyli w czymś takim jeszcze w ubiegłym wieku. Teraz preferują raczej zwyczajne pobujanie głową do rytmu.

Natomiast u spazmy moshpitowe kółko kręciło się nieustannie. Nawet wtedy, gdy niekoniecznie pasowało do klimatu utworu. Zarówno spazma, jak i izonya nie nawijali wszystkiego – nie musieli. Fani robili to za nich, jadąc Beijing Bobo czy ceskie divki wers po wersie. Rola występujących ograniczała się raczej do hype’owania publiki i wykrzykiwania końcówek wersów. Więcej było też (często intencjonalnych) przesterów, energii, abstrakcji i impulsywności. Większość koncertu to były długie ciągi numerów, przejścia bez przerw, z mniej „piosenkową”, bardziej surową formą. To nie miał być przegadany koncert miało bujać i bujało.

fot. Mikołaj Plewa
I teraz pojawia się pytanie – jak powinien wyglądać dobry rapowy koncert w 2026?

Moim zdaniem odpowiedź brzmi: może wyglądać i tak i tak. W ostatnich latach (kiedy sam fakt wykorzystywania autotune’a został już chyba ostatecznie zaakceptowany) często pojawiają się wątpliwości co do przebiegu samych koncertów. Młodzi raperzy już nie rapują, tylko bujają się do bitów puszczonych przez DJ-a i coś tam sobie pobełkoczą. Sam często na to narzekałem, ALE warto przypomnieć sobie jedną rzecz: określenie MC (mistrz ceremonii) pierwotnie odnosiło się do raperów zabawiających publiczność rymowanymi improwizacjami, freestylem na zaproponowane tematy, zapowiadając kolejne utwory DJ-a.

Formuła i sposoby może i trochę się zmieniła, ale czy obecne koncerty rapowe to wciąż nie jest zabawianie publiczności? Czy jeśli spazmie parę razy zabrakło tchu w trakcie jakiegoś numeru i nie nawinął któregoś z wersów, oznacza to, że dał słaby koncert, pomimo dobrej energii na publice? Myślę, że nie. I analogicznie, czy to, że raper nawija wszystkie wersy jak z karabinu, a kilkanaście osób macha rękoma do rytmu oznacza, że koncert jest udany? Niekoniecznie najczęściej tak, ale niekoniecznie.

Przy różnicach w brzmieniu i samym podejściu do tworzenia muzyki, to, że koncerty tak mocno się różnią to coś absolutnie naturalnego. Czy pomimo tego oba występy były udane? Na swój sposób tak. Czy to, że hip-hop ewoluuje jako gatunek wielu może się nie podobać? Jak najbardziej. Czy gdyby zamienić publiki wyszłaby kompletna klapa? Z pewnością. Ale czy obaj MCs, bo tak to trzeba nazywać, sprawili, że ci, którzy przyszli ich zobaczyć na żywo dobrze się bawili? Tak – a to jest przecież w muzyce najważniejsze.

Po więcej tekstów ze świata muzyki zapraszamy na stronę Magazynu Muzycznego