W październiku miną dwa lata, odkąd Geordie Greep po rozpadzie black midi zachwycił solowym debiutem. Artysta zadbał jednak o podtrzymanie żywotności materiału z The New Sound. Polskę odwiedził po raz pierwszy na zeszłorocznym OFF Festivalu, a bieżącego lata uraczył nas aż trzema koncertami. Dzień po dniu gościł w Krakowie i Warszawie, a w miniony poniedziałek Greep odwiedził Poznań i klub 2progi.

Sama trasa nie wystarczyłaby oczywiście, żeby utrzymać przy The New Sound walor świeżości. Geordie Greep należy jednak do wykonawców przywołujących tradycję scenicznych improwizacji. Razem z towarzyszącymi mu muzykami każdy utwór przemienia w podstawę porywającego jamu, demonstrującego indywidualny kunszt instrumentalistów oraz ich doskonałe zgranie. Wystarczy wspomnieć, że poznański koncert potrwał około 2 godzin, bazując tylko i wyłącznie na repertuarze z The New Sound.
Greep, jak przystało na estradowego artystę, w którego rolę wciela się nawet w klubowych przestrzeniach, wkroczył na scenę z półgodzinnym opóźnieniem. W przepełnionych 2progach można było odczuć zniecierpliwienie przedłużającym się czekaniem. Trudno było jednak chować urazę, gdy zespół momentalnie przypomniał, że muzyka Greepa na żywo jest równie nietuzinkowym doświadczeniem, co studyjnie. W dwóch godzinach nawałnicy dźwięków refleksy jazzu przecinały się z prog-rockiem, a elementy latynoskie towarzyszyły estradowemu zacięciu frontmana. Występ udowodnił, że były lider black midi to swoisty nieoszlifowany diament. Ocierający się wręcz o geniusz, powstrzymywany niekiedy pewnymi barierami, utrudniającymi mi czysty zachwyt.

Szczegół i ogół
Geordie Greep i jego świta to mistrzowie kontrolowanego chaosu. Masywne kaskady dźwięków, ujęte w zniuansowane polifoniczne i polirytmiczne faktury niezmiennie imponowały. Formacja przypominała swoistego kierowcę rajdowego, rozpędzonego na granicy utraty kontroli, ale w spektakularnym stylu dojeżdżającego do mety jako pierwszy. Poza Greepem fundamentalna była rola perkusji. Ustanawiała solidną podstawę, co bynajmniej nie wykluczało połamanej rytmiki i różnego rodzaju zawirowań. Wraz ze zjawiskową techniką, oraz pełnym niuansów stylem gry, klarował się zgodny z jazz-rockowymi wzorcami mariaż finezji i energii. Rytmicznych obowiązków dopełniał Dave Strawn na basie, któremu przypadła dość wszechstronna rola. Basista pilnował rytmu, zachwycał wymagającymi solowymi zagrywkami, a nietypowymi akordami realizował także funkcję harmoniczną. Składu dopełniało pianino, jazzujące dęciaki – operujące zarówno melodią, jak i ekspresją oraz istotny przede wszystkim dla tekstury wibrafon.

Greep natomiast był na scenie wokalistą, gitarzystą i dyrygentem. Wokalnie jego największym atutem pozostaje charakterystyczna maniera, chociaż na scenie udowodnił, że umiejętności również odmówić mu nie sposób. Geordiego trudno nazwać jednak wielkim śpiewakiem, natomiast jako gitarzysta – do wielkości co najmniej pretenduje. W grze artysty odbija się m.in. Robert Fripp i jego chirurgiczna precyzja. Słychać również Franka Zappę. Przede wszystkim w skłonności do długich popisów i płynnego przechodzenia między kolejnymi pomysłami, zróżnicowanymi pod kątem rytmu, frazowania i artykulacji. Nienaganna technika, jazzowe frazowanie i niczym niezaburzone flow gry, pewnie poruszające się wśród rytmicznych łamańców pozwalają określić Greepa znakomitym gitarzystą.
Frontman jest przy tym na scenie niekwestionowanym liderem. Nadaje bieg improwizacjom i wyznacza ich kierunek. To na nim skupieni są pozostali muzycy, próbujący zareagować na wprowadzane przez Geordiego zagrywki, bądź czekający na określone znaki. Greep wyznaczał, chociażby machnięciem ręki momenty zmasowanych uderzeń, bądź przechylaniem głowy w określoną stronę sygnalizował tempo, to przyspieszając, to zwalniając. Najlepsze momenty koncertu oszałamiały wzajemną współpracą, pełną tyleż swobody, co utrzymywania jamu w ryzach, zapobiegając kakofonii.

Rysa na diamencie
Odniosłem jednak wrażenie, że tak jak Greep mistrzowsko panuje nad chaosem, tak brakuje mu kontroli poza chaosem. Pewnej powściągliwości, która ucinałaby improwizacje w momentach, w których stają się sztucznie przeciągane. Problemem oczywiście nie była sama długość jamów, ale fakt, że zdarzały się w nich dłużyzny i postoje, zbyt rozciągnięte i nijakie, by bronić się w kategoriach wyciszenia, bądź budowania napięcia. W Poznaniu bywały momenty, w których muzycy fantastycznie zatracali się we wspólnym graniu, ale nie potrafili określić, w którym kierunku powinni poprowadzić utwór dalej. Dawało to o sobie znać zwłaszcza w zakończeniach.
Nie tylko kawałki doczekiwały się multum rozwiązań, wprowadzanych gdy wydawało się, że już zostały zręcznie domknięte. Greep również nieraz unikał pełnoprawnego kończenia utworów. Nawet gdy pozostali muzycy stawiali kropkę, lider zaczynał grać minimalistyczny motyw, wypełniając przestrzeń przed następnym numerem w setliście. Zespolenie materiału z The New Sound w jedną większą narrację samo w sobie miałoby potencjał, gdyby towarzyszyła temu konkretna wizja. Muzycznie otrzymaliśmy pokaz kunsztu, jednak niezłączonego nicią dramaturgii i narracji, ani w rozumieniu skrupulatnie budowanej dynamiki, ani emocjonalnej podróży.

Stanowiło to problem przede wszystkim w ostatniej części koncertu. Swoisty „przebój” Greepa Holy Holy stanowiło tu punkt kulminacyjny. Do jego momentu powyższe zarzuty bardziej odnotowywałem niż odczuwałem jako istotne mankamenty. Kierunek obrany po Holy Holy przyniósł mi lekkie rozczarowanie.

Zaczęło się jednak kapitalnie. Singiel przyjęty został jak hit z prawdziwego zdarzenia – podrywając publiczność do góry i motywując do głośnego śpiewania. Instrumentaliści porywali swadą, luzem i energią, a Greep odnalazł w sobie rasowego estradowca. W tłumie rozwinęło się nawet pogo, a improwizacje przyjęły bardziej interaktywny charakter. Tym bardziej szkoda, że z czasem kawałek stał się aż nadmiernie przedłużony, że rozszerzające się pogo, czekające na brzmieniową erupcję zostało zignorowane, a spokojne repetycje Greepa zamiast wykorzystać obudzoną wśród publiki energię, raczej ją mocno uspokoiły. Następny w setliście Motorbike mógł idealnie ponieść się na fali po Holy Holy. Niestety nawet jego najcięższe i najbardziej witalne fragmenty przyjęte zostały w raczej stonowany sposób. W toku rozwoju finału koncertu, nawet doskonale umiejscowiony dramaturgicznie The Magician uległ lekkiemu rozmyciu, zamiast dosadnie zakończyć show.

Co dalej?
Mimo wszystko, trudno nie odczuwać względem Geordiego Greepa ogromnego podziwu. 26-letni artysta już teraz może pochwalić się imponującym dorobkiem. Zarówno jednak stylistyczny lifting dokonany poprzez solową karierę, oddawanie się scenicznym improwizacjom, jak i fakt, że można dostrzec pewne mankamenty do poprawy, tylko podsycają oczekiwania na następcę The New Sound. Jego premiery jesteśmy coraz bliżej, jako, iż Greep wstępnie planuje początek przyszłego roku. Potencjał, jakim Geordie dysponuje jest ogromny i wystarczający by wróżyć mu nagrywania muzycznych arcydzieł – studyjnych i koncertowych.
The New Sound mistrzowsko zachowało ciągłość z emploi black midi, jak i otworzyło twórczość artysty na nowe ścieżki eksploracji. Nie dziwią częste porównania Greepa do Franka Zappy. Łączą ich zaawansowane eksperymenty z rytmem, gatunkowy eklektyzm, rozbudowane instrumentarium, muzyczne wygłupy i poczucie humoru, gitarowe popisy. Wróżę Greepowi wielkość, jeżeli zachowa też inny z największych wyróżników sztuki Zappy. Mianowicie nieustanne poszerzanie swojego dźwiękowego uniwersum i wymykanie się wszelkim klasyfikacjom, ciągłe poszukiwania i unikanie jakiegokolwiek zaszufladkowania. Czekam więc na kolejne kroki Greepa, a tymczasem – warto iść zobaczyć go na żywo. Zwłaszcza, że rotujący skład zespołu i stawianie na improwizację sprawiają, że każde spotkanie z Geordiem jest jedyne w swoim rodzaju.