„Gorzej już być nie może” – turecki dziennikarz o upadku wolnych mediów

Niniejszy wywiad został autoryzowany przez rozmówcę. Ze względów bezpieczeństwa oraz w trosce o jego anonimowość tekst został pozbawiony danych personalnych, które mogłyby umożliwić jego identyfikację przez tureckie władze. K. studiował dziennikarstwo w Stambule i Londynie. Od ponad dziesięciu lat pracuje w tureckich mediach. W tym czasie związany był z jedną z największych opozycyjnych stacji telewizyjnych w Turcji, a także współtworzył gazetę wydawaną w Stambule. Obecnie mieszka w Izmirze i poszukuje pracy w lokalnych redakcjach.

Izmir, grudzień 2025 roku.

Siedzimy przy kawie w jednej z galerii handlowych. Izmir, często określany jako najbardziej europejskie miasto Turcji, pełen jest sieciowych, dobrze znanych Europejczykom kawiarni, nowoczesnych przestrzeni handlowych i ludzi, którzy próbują żyć „normalnie” mimo coraz trudniejszej rzeczywistości. Po Stambule, to właśnie tutaj najmocniej czuć społeczne napięcie i zmęczenie obecną sytuacją w kraju. Galopująca inflacja jest dziś jednym z najpoważniejszych problemów, ale nie jedynym. Coraz wyraźniejszy staje się podział społeczeństwa, swoiste zimna wojna między Wschodem a Zachodem, między tradycją a liberalizmem.

Ten konflikt przenika codzienne rozmowy. Wielu studentów, z którymi rozmawiam, mówi wprost o planach wyjazdu z Turcji. Emigracja jawi się im jako jedyna realna droga do stabilności i bezpieczeństwa. Pytam K., czy on również bierze taką opcję pod uwagę. Odpowiada bez wahania, że to tutaj się wychował i że Turcja wciąż jest jego miejscem. Jak mówi, to jedno z najciekawszych państw świata, pełne sprzeczności, napięć i historii, które domagają się opowiedzenia. Właśnie o tej potrzebie mówienia prawdy, ale też o strachu, autocenzurze i granicach wolności słowa, rozmawiamy w dalszej części wywiadu.

Marcel Michalski, redaktor Radia Meteor: W ostatnich latach praca dziennikarza w Turcji stała się jednym z najbardziej ryzykownych zawodów w kraju. Presja polityczna, systemowa cenzura, represje wobec mediów oraz masowe aresztowania reporterów sprawiły, że niezależne dziennikarstwo znalazło się na granicy przetrwania. Szczególnie wyraźnie było to widać podczas protestów społecznych w marcu 2025 roku, gdy dziennikarze byli zatrzymywani, bici i oskarżani o działalność terrorystyczną tylko za relacjonowanie wydarzeń. Jednym z najbardziej symbolicznych przykładów tej sytuacji jest sprawa Fatiha Altaylıego, jednego z najbardziej znanych tureckich dziennikarzy, skazanego niedawno na ponad cztery lata więzienia za rzekome groźby wobec prezydenta. O tym, jak dziś wygląda praca w tureckich mediach, o strachu, autocenzurze i utracie nadziei, rozmawiam z K.

K.: To jest czas strachu. I nie mówię tego w sensie metaforycznym. Strach stał się elementem codzienności w tym zawodzie. Każdego dnia zastanawiasz się, czy to, co napiszesz, nie zostanie użyte przeciwko tobie. Momentem przełomowym były protesty w Gezi Parku (masowe demonstracje antyrządowe w 2013 roku – przyp. red). To wtedy świat zobaczył, że z demokracją w Turcji dzieje się coś bardzo złego. Miliony ludzi wyszły na ulice, a państwo odpowiedziało przemocą, inwigilacją i represjami. Ludzi zatrzymywano tylko za udział w protestach albo za wpisy w mediach społecznościowych. To był moment, który złamał poczucie bezpieczeństwa obywateli, też tych, którzy wcześniej wierzyli, że „ich to nie dotyczy”.

Czy można powiedzieć, że Gezi Park był początkiem otwartej wojny państwa z mediami?

Tak. Oczywiście presja na media istniała już wcześniej, ale po Gezi wszystko się zmieniło. Od tego momentu państwo zaczęło traktować dziennikarzy jak wrogów. Turcja stała się krajem z największą liczbą uwięzionych dziennikarzy w Europie. To nie jest przypadek ani efekt pojedynczych błędów. To element systemu. Napięcie rosło przez ponad 20 lat rządów Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, ale Gezi było symbolicznym punktem przełomu. Władza zrozumiała, że media mogą mobilizować społeczeństwo i że są realnym zagrożeniem.

Europejski Trybunał Praw Człowieka regularnie wskazuje Turcję jako jedno z państw najczęściej łamiących prawa człowieka. Europejska Federacja Dziennikarzy mówi o porannych nalotach na domy reporterów, pobiciach i strzelaniu gumowymi kulami. Jak pan wspomina swoją pracę w tym środowisku?

Najbardziej boją się dziś ci najbardziej znani. Ci, którzy mają nazwisko, rozpoznawalność i wpływ. Aresztowanie Fatiha Altaylıego było momentem granicznym. To był jasny sygnał: jeśli mogą zniszczyć jego, mogą zniszczyć każdego innego. Jako redaktor byłem relatywnie mniej narażony, bo moja rola polegała na redagowaniu informacji i zachowaniu neutralnego tonu. Ale felietoniści, komentatorzy i dziennikarze śledczy żyją w ciągłym napięciu. W Turcji dziś wszystko jest monitorowane. Jedno zdanie, jeden komentarz, jedno pytanie może wystarczyć, by stracić wolność.

Czyli granica między legalną pracą dziennikarską a przestępstwem praktycznie nie istnieje?

Dokładnie. Wystarczy, że twoja wypowiedź zostanie uznana za „znieważenie prezydenta”, „szerzenie dezinformacji” albo „propagandę terrorystyczną”. To pojęcia tak pojemne, że można pod nie podciągnąć wszystko. W praktyce oznacza to całkowity brak wolności słowa. Co paradoksalne, Turcja nie była tak niedemokratyczna nawet w czasach wojskowych zamachów stanu. Wtedy wszyscy wiedzieli, że żyją w dyktaturze. Dziś mamy iluzję demokracji, wybory, parlament i media, ale wszystko to jest puste.

Jaką rolę odgrywają w tym systemie media?

Kluczową. Około 90 procent mediów znajduje się dziś w rękach ludzi powiązanych bezpośrednio lub pośrednio z rządem. Media nie mówią o inflacji, bezrobociu, kryzysie gospodarczym ani o łamaniu praw człowieka. Powtarzają narrację władzy. Najlepszym symbolem jest sytuacja z protestów w Gezi, kiedy największe stacje telewizyjne zamiast relacji z ulic emitowały filmy o pingwinach. To był komunikat: „nie zobaczycie prawdy”.

A te nieliczne media opozycyjne?

One również działają w strachu. Państwowa instytucja regulująca działanie mediów nakłada ogromne kary finansowe, zawiesza emisję i wprowadza czarne ekrany. Aresztuje się redaktorów naczelnych i wytacza procesy dziennikarzom. To prowadzi do autocenzury. Po aresztowaniu Altaylıego każdy zrozumiał, że nikt nie jest bezpieczny.

Czy represje obejmują także zagranicznych dziennikarzy?

Tak. Aresztowania reporterów BBC, czy dziennikarzy ze Szwecji pokazują, jak bardzo pogorszyły się relacje Turcji z Zachodem. To nie są przypadki, to polityka. Turcja odwraca się od Europy, a coraz bardziej wiąże się z krajami Bliskiego Wschodu. To zmiana nie tylko polityczna, ale też cywilizacyjna.

Jak ta sytuacja wpływa na młodych ludzi, którzy chcą zostać dziennikarzami?

To ich niszczy. Jeśli jesteś idealistą, nie masz tu przyszłości. Możesz pisać o kulturze, muzyce i filmach. Ale jeśli chcesz mówić o polityce, inflacji czy korupcji, nie masz na to prawa. Dziennikarstwo polityczne w Turcji praktycznie przestało istnieć. Wielu młodych ludzi rezygnuje z zawodu albo planuje emigrację.

Czy propaganda rzeczywiście działa na społeczeństwo?

Tak. Szczególnie na ludzi niewykształconych, zmęczonych kryzysem i biedą. Propaganda, strach i problemy ekonomiczne prowadzą do agresji. Społeczeństwo jest głęboko podzielone. Ja nazywam to „zimną wojną domową”. Nie ma otwartej przemocy, ale napięcie czuć wszędzie, w rozmowach, w rodzinach i na ulicy.

Czy widzi pan w tym wszystkim jakąkolwiek nadzieję?

Paradoksalnie tak. Bo gorzej już być nie może. To jest system jednego człowieka (odniesienie do prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana i skoncentrowania władzy wokół jego urzędu – przyp. red.). Kiedy on odejdzie, Turcja będzie musiała się odbudować. Tysiące dziennikarzy, studentów, profesorów i intelektualistów wyjdą z więzień. Te czasy zostaną zapamiętane jako jedne z najciemniejszych w historii kraju.

Czy Turcja ma jeszcze dziennikarzy gotowych odbudować wolne media?

Tak. Wielu z nich dziś siedzi w więzieniach. Ale oni tam są. I kiedyś wrócą.

Autor: Marcel Michalski

Po więcej tekstów ze świata informacji i publicystyki zapraszamy tutaj!