Opener 2023 – Czy warto było jechać? [31.06-01.07]

20. edycja festiwalu muzycznego Opener za nami, więc przyszedł czas a opis wrażeń z wydarzenia. W tym roku organizatorzy zadbali o bardzo mocny lineup, który składał się z popularnych artystów reprezentujących różne gatunki muzyczne. W dniach 28 czerwca – 1 lipca mogliśmy na terenie portu lotniczego Gdynia-Kosakowo posłuchać m. in. Lizzo, Arctic Monkeys, SZA i Kendrick Lamar. 

Oczywistym jest, że w przypadku tak dużego festiwalu, podczas którego różni artyści występują na kilku scenach w tym samym czasie, nie da się zobaczyć wszystkich. Ja opiszę tylko te koncerty, które widziałem. Były to występy: Queens of the Stone Age, Arctic Monkeys, Thundercat, Underworld, The Labrinth, Kendrick Lamar.

Krótko o cenach 

Jak wskazuje tytuł, jest to relacja jedynie z dwóch dni festiwalu, który trwał cztery dni. Powodem, przez który nie pojechałem na całe wydarzenie była cena biletów. Za karnet weekendowy musiałem zapłacić 689 zł, plus 34 zł opłaty serwisowej. Bilet jednodniowy kosztował 449 zł, a karnet 4-dniowy 949 zł. Wysokie ceny nie odstraszyły jednak ludzi, co było widać szczególnie podczas występów headlinerów – Arctic Monkeys i Kendricka Lamara. O tym napiszę więcej w dalszej części, ale na razie chcę podkreślić, że jeśli w line-upie nie ma przynajmniej kilku artystów, których chcecie koniecznie zobaczyć, może warto wstrzymać się do solowych koncertów ulubionych wykonawców.

Queens of the Stone Age 

Josh Homme i spółka to zespół, który znany jest z energicznych koncertów. Na początku wieku ich utwory były jednymi z nielicznych punkowych kawałków, które można było usłyszeć w dużych stacjach radiowych. W ostatnich latach wyewoluowali w kierunku bardziej nastawionym na groove. Wolniejsze utwory i proste, mocne beaty perkusyjne leżą u podstaw kompozycji na ostatnich trzech płytach, w tym wydanej 16 czerwca tego roku …In Times New Roman. Podczas koncertu na Openerze zespół zagrał tylko dwa utwory z nowej płyty, czyli Paper Machete Carnavoyeur. Prawdopobnie było to spowodowane tym, że mieli nieco ponad godzinę na występ i podczas dużego festiwalu chcieli zagrać głównie hity. Największym z nich – No One Knows, otworzyli koncert, by później zaprezentować utwory z całego katalogu. Najwięcej, bo aż 4 z nich, pochodziło z płyty …Like Clockwork. Połowa setlisty składała się z utworów opartych właśnie na groovie, zostawiając punkową energię na sam koniec w utworze Song for the Dead

Najbardziej wyrazistym punktem zespołu była sekcja rytmiczna. Energiczna gra na perkusji Jona Theodore’a oraz partie basowe z mocnym efektem overdrive Michaela Shumana sprawiały, że ruszałem głową w rytm muzyki przez cały koncert. Gitary elektryczne Troya Van Leeuwena i Josha Homme również brzmiały fantastycznie. Panowie wykorzystują efekty nadające instrumentom ciekawe tekstury, dzięki czemu utwory brzmią różnorodnie. 

Przede wszystkim wyrazy uznania należą się frontmanowi zespołu. Josh Homme wyznał niedawno w wywiadzie, że zachorował na raka i choć jest już w o wiele lepszym stanie, leczenie jeszcze się nie zakończyło. Podczas koncertu nie było po nim widać zmęczenia, a wręcz przeciwnie. Homme zdaje się przeżywać drugi renesans w swojej karierze. Po ponad 30 latach na scenie jego głos wciąż brzmi świetnie, a jego interakcja z publicznością sprawdza się idealnie podczas festiwalu. Myślę, że moment, gdy podczas wydłużonej wersji Make it with Chu i rozmowy Josha z publicznością, po intensywnym deszczu wyszło piękne, złote słońce, publiczność zapamięta na długo. 

Arctic Monkeys

Podczas występu Queens of the Stone Age Josh Homme powiedział, że każdy członek zespołu uwielbia Arctic Monkeys. Publiczność głośno dała znać, że podziela tę opinię. Po występie „małp” ja jej nie podzielam.

Arctic Monkeys pod wieloma względami jest zespołem podobnym do QOTSA. Również zaczynali od grania energicznych, punkowych utworów (chociaż lżejszych od kolegów z Ameryki), by w następnych latach skupić się bardziej na groovie i wolniejszych kompozycjach. Co ciekawe, wpływ na to miał właśnie Josh Homme, który wyprodukował trzecią płytę zespołu Humbug. Piąte wydawnictwo grupy, czyli AM sprzed dekady do dziś pozostaje największym sukcesem komercyjnym zespołu, na którym odnaleźli idealne połączenie popu z brzmieniem gitar elektrycznych. Od tamtego czasu zespół porzucił rock na rzecz szeroko pojętej alternatywy. Choć pozostają jedną z najpopularniejszych grup muzycznych na świecie, wiele osób krytykuje zmianę stylu. Do momentu usłyszenia ich na żywo sam nie wiedziałem co myśleć o tej transformacji. Z jednej strony szanuję artystów, którzy się rozwijają i próbują czegoś nowego. Z drugiej strony muszę przyznać, że moje ulubione utwory „małp” pochodzą głównie z dwóch pierwszych, bardziej punkowych płyt. Koncert na Openerze jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że początkowe Arctic Monkeys, to lepsze Arctic Monkeys.

Występ rozpoczął się świetnie, bo od najbardziej dynamicznego utworu w katalogu zespołu, czyli Brianstorm. Później niestety energia opadła. Większość setlisty składała się z utworów spokojnych, co samo w sobie nie jest złe, natomiast miałem wrażenie, że zespół jest bardzo anemiczny. Było to tym bardziej uderzające, że przed nimi wystąpił uśmiechający się niemal cały czas Josh Homme. W porównaniu z nim frontman Alex Turner wyglądał jakby nie chciał być na tym koncercie. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie słynie on z przesadnej interakcji z publicznością, a w dodatku dochodził jeszcze do siebie po zapaleniu krtani. Alex jednak zdawał się występować tak, jakby widownia nie istniała. Jego teatralne ruchy i brak zwracania się do publiczności sprawiały, że czułem się jakby istniała między mną a zespołem niewidzialna bariera. Na pewno wielu osobom taki styl występowania się podoba. Ja jednak czuję w tym ogromną sztuczność. Zespół, który zaczynał jako czterech chłopaków grających w garażu wyewoluował w coś, co nazwałbym produktem rockowym. 

Najjaśniejszym punktem wciąż pozostaje perkusista Matt Helders, który marnuje się grając tak proste utwory. Poza tym gra on bardzo bardzo wyraziście i mocno uderza w bębny, które mocno wybijały się w miksie, co totalnie nie pasowało do spokojnych kompozycji. Najlepsze elementy koncertu to utwory, gdy talent Matta jest w pełni wykorzystywany, np. we wspomnianym już Brianstorm, ale również The View From the Afternoon z debiutu grupy. 

Jest jedna rzecz, która sprawia, że mimo wszystko warto zobaczyć Arctic Monkeys na żywo. Usłyszenie Do I Wanna Know? odśpiewywanego w całości przez kilka tysięcy osób pozwala zrozumieć, jak wielkim hitem jest ten utwór. Dopiero to doświadczenie uświadomiło mi, że to jeden z tych utworów, na który za kilkanaście lat będziemy patrzeć jak na klasyki Led Zeppelin, Queen, czy Nirvany. To po prostu rockowy hymn XIX wieku.

Thundercat

Jeszcze zanim Arctic Monkeys zakończyli swój występ na głównej scenie, kilkadziesiąt metrów dalej na Alter Stage koncert rozpoczął jeden z najlepszych i najbardziej charakterystycznych basistów na świecie – Thundercat. Różnica między tymi artystami jest ogromna, przede wszystkim w umiejętnościach gry na instrumentach. Po ponad godzinie słuchania prostych, pop-rockowych piosenek, muzyka Thundercata była niemałym szokiem. Pomimo gościnnych występów w popularnych utworach, w swojej solowej twórczości basista puszcza wodze fantazji. Kompozycje składają się przeważnie z kilku taktów ze śpiewem, by przejść do kilkuminutowych improwizacji w stylu fusion. Wirtuozerskiej grze Thundercata towarzyszą równie skomplikowane beaty perkusisty Justina Browna. Ten duet trzeba zobaczyć na żywo i po prostu doświadczyć ich geniuszu.

Po tym opisie zdawać by się mogło, że nie jest to artysta pasujący na duży festiwal, gdzie ludzie idą głównie w celu dobrej zabawy, a niekoniecznie podziwiać niesamowite umiejętności gry na instrumencie. Jednak muzyka Thundercata oprócz silnego wpływu jazzu, ma w sobie dużo z R&B oraz funku, co dodaje jej przystępności. U podstaw każdej improwizacji znajduje się wyraźny groove, do którego publika może się bujać. Poza tym w przeciwieństwie do Alexa Turnera, Thundercat rozmawia z widownią niemal po każdym utworze. Przerwał nawet początek utworu, żeby podpisać plakat fana w pierwszym rzędzie. Wybitny muzyk, który nie stara się być ponad publicznością – tacy frontmani sprawdzają się najlepiej na festiwalach.

Underworld 

Zespołem zamykającym piątkowy set był walijski duet wykonujący muzykę z pogranicza EDM oraz techno. Koncert Underworld jest przeżyciem zupełnie odmiennym od występu Thundercata. Muzyka wirtuoza gitary basowej wymaga skupienia przez swoje skomplikowanie oraz nieustanne zmiany. Techno opiera się z kolei na powtarzalności, która potrafi zahipnotyzować słuchacza. Tego właśnie doświadczyłem podczas koncertu Underworld. Muzyka i oświetlenie zgrywające się z rytmem wprowadziły mnie w trans. Mogłem zapomnieć o wszystkim i bujać się bezmyślnie do beatów. 

Choć Karl Hyde i Rick Smith nie grają na instrumentach, bo ich muzyka tworzona jest na syntezatorach, to śpiewają i tańczą po całej scenie, dodając energii występowi. Jest to imponujące biorąc pod uwagę, że obaj są już po sześćdziesiątce. Warto chwytać okazję, gdy można zobaczyć ten legendarnym zespół na żywo, chociażby dla usłyszenia Born Slippy, znanego z filmu Trainspotting.

Labrinth 

Ostatni dzień Openera był zdominowany przez muzyków nieużywających instrumentów. Wśród nich na Main Stage jedynym artystą niewykonującym muzyki hip-hopowej był Labrinth. W ostatnim czasie najbardziej znany jest z napisania ścieżki muzycznej do serialu Euphoria. Kilka dni przed festiwalem, podczas koncertu Beyonce w Warszawie została zauważona Zendaya, czyli odtwórczyni głównej roli w serialu. Wśród publiki na Openerze dało się słyszeć rozmowy o tym, czy aktorka wyjdzie na scenę i zaśpiewa z Labrinth. Wokalista chyba zdawał sobie sprawę z tych spekulacji, które były obecne w internecie, bo zapowiedział piosenkę mówiąc, że jest ona o specjalnej dziewczynie. Publika oszalała na te słowa, jednak Zendaya ostatecznie nie pojawiła się na scenie.

Największym plusem występu Labrintha była atmosfera wytworzona przez minimalne oświetlenie oraz mroczną muzykę. Wokalistę wspierał chór ustawiony w centralnym punkcie sceny. Sam Labrinth większość czasu stał na zbudowanym, kilkumetrowym podwyższeniu, co tylko dodawało teatralności. To słowo zresztą najlepiej opisuje występ. Krytykowałem Alexa Turnera za mały kontakt z publicznością i to samo mógłbym zarzucić Labrinthowi, jednak w jego przypadku pasowało to do stylu całego koncertu, który był bardzo teatralny.

Kendrick Lamar

Dzień skupiony na muzyce hip-hopowej zamknął aktualnie najlepszy raper na świecie. Jako fan zdawałem sobie sprawę z ogromnego wpływu jaki Kendrick Lamar wywarł na muzykę w ostatniej dekadzie, tworząc dwa albumy koncepcyjne, które wielu fanów gatunku uważa za jedne z największych osiągnięć hip-hopu. Bardzo czekałem na ten koncert, tym bardziej, że ostatnia płyta Mr. Morale & The Big Steppers pokazała, że Kendrick dalej jest w formie. 

Jedną z największych przewag jakie Kendrick ma nad innymi raperami jest jego inteligentne kreowanie wizerunku. W dzisiejszym świecie social mediów, gdzie celebryci codziennie komunikują się z fanami, raper z Compton nie dzieli się swoim życiem poza muzyką. Nadaje mu to pewnej tajemniczości i pokazuje, że Kendrick nie uczestniczy w wyścigu o popularność. Świadomie pozostaje obok i robi rzeczy po swojemu, nie przejmując się konkurencją. Właśnie to podejście dało się odczuć podczas występu na Openerze. W przeciwieństwie do reszty raperów występujących tego dnia na głównej scenie, czyli Bedoes 2115 i Lil Yachty, Kendrick nie zwracał się do publiczności słowami typowymi dla muzyków hip-hopowych, które czasem brzmią wręcz dziecinnie (jak dziecko, które właśnie nauczyło się przeklinać). Lamar między utworami podziękował jedynie fanom za przyjście i powiedział, że jest to najbardziej szalona publiczność jaką widział podczas obecnej festiwalowej trasy. Tylko tyle i aż tyle. 

Podobnie jak Labrinth, raper nie przyjechałby jedynie zapewnić rozrywkę. Zmieniające się obrazy na głównym ekranie oraz identycznie ubrani tancerze wykonujący układy zgrywające się ze znaczeniem tekstów wzbogaciły przekaz. To właśnie wyróżniało najbardziej występ Kendricka. Gra on koncerty nie tylko po to, by zapewnić rozrywkę, ale przede wszystkim coś przekazać. Niestety sprawia to, że nie mogłem cieszyć się w pełni z tego doświadczenia, gdyż pomimo znajomości tekstów i ich znaczenia, nie czuję tak samo intensywnie emocji, gdy są one w innym języku niż mój ojczysty. Szkoda, że Kendrick nie występuje podczas tej trasy z zespołem. Zdarzało mu się to w przeszłości, zwłaszcza podczas koncertów promujących płytę To Pimp a Butterfly. Podkłady puszczone z odtworzenia nie są w stanie wywrzeć takiego samego wrażenia jak muzycy grający na żywo na instrumentach, dlatego występ Queens of the Stone Age uważam za najlepszy, spośród obejrzanych przeze mnie.

Mimo tej krytyki uważam, że zdecydowanie warto było zobaczyć jednego z najlepszych raperów w historii na żywo. Dużą część setlisty stanowiły utwory z najnowszej płyty, które świetnie sprawdzają się na koncertach. OtwierającyN95 sprawił, że publika oszalała. Count Me Out wywarł na mnie największe emocje. Wykonania Nosetalgia i Sidewalks, które w oryginalnych wersjach zawierają jedynie gościnne występy Kendricka, na żywo zabrzmiały o wiele lepiej niż na nagraniach studyjnych. Nazwałem w tym tekście Do I Wanna Know rockowym hymnem XIX w. To samo, ale w wersji hip-hopowej, mogę powiedzieć o Alright. Utwór o pozytywnym wydźwięku, który łączy ludzi, a jednocześnie nie brzmi jak inne popularne piosenki z tego gatunku. Nie ma tu trapowych hi-hatów, lecz zainspirowany jazzem podkład. Bardzo mnie cieszy, że tak ambitna kompozycja przebiła się do mainstreamu.

Na koniec apel do publiczności 

Na początek zaznaczę, że podczas koncertów Labrinth i Kendricka Lamara udało mi się dostać do sektora pod sceną. Ścisk był tak niesamowity, że pomiędzy występami oraz w ich trakcie kilka osób zemdlało. Na szczęście tłum zachowywał się w tych momentach dobrze i nie było problemu z robieniem korytarzy życia. Wspominam o tym, żeby podkreślić jak wiele osób znajdowało się w tym sektorze. Kiedy tylko artyści wychodzili na scenę trudno było ich zobaczyć przez morze telefonów. Nie mam nic przeciwko nagraniu kilkusekundowego filmiku na pamiątkę. Jednak pamiętajmy o tym, że wokół nas są ludzie, którzy przyjechali obejrzeć swoich ulubionych muzyków na żywo, a nie przez ekran. Koncerty są świetną okazją, żeby odłożyć na kilka godzin telefon i doświadczyć czegoś prawdziwego. Tym przesłaniem kończę i liczę na to, że za rok organizatorzy festiwalu Opener zapewnią równie mocny lineup.