Mój Syn – eksperyment po szkocku

Złociste szkockie wzgórza, zaginione dziecko, gęsta muzyka oraz… główna rola bez scenariusza. Tak można pokrótce opisać nowy dramat pt. Mój syn kryminalny francuskiego reżysera, Christiana Cariona z Jamesem McAvoyem w roli głównej.

Plakat promujący film „Mój Syn"
Źródło: filmaffinity.com

Uprowadzony

Pierwszą rzeczą, na jakiej skupia się nasze oko zaraz po zniknięciu z ekranu loga wytwórni, jest szaro-złoty krajobraz szkockich wzgórz. Obrośnięte drzewami i pofalowane jak chusta na wietrze tereny, przywołujące na myśl Skyfall, emanują jednak mglistą wrogością. Dlaczego? Gdzieś wśród tych lasów znajduje się porwane dziecko. Edmond Murray (James McAvoy) dowiaduje się od byłej żony (Claire Foy), że jego syn został uprowadzony podczas pobytu na kempingu. Nikt nie wie, gdzie może znajdować się chłopiec, ani gdzie go szukać. Gdy policja rozkłada bezczynnie ręce, Ed postanawia przejąć sprawę i na własną rękę odszukać swoje dziecko.

Na wstępie trzeba przyznać prosto z mostu, że największym hitem produkcji jest James McAvoy. Co ciekawe, aktor jako jedyny z obsady nie dostał scenariusza. Kluczowym składnikiem receptury reżysera miała być więc pełna improwizacja gwiazdy Splitu, który podobno nie wiedział nawet, kim będzie jego postać. Mając na uwadze fakt, że fabuła filmu nie jest wielce oryginalna, to rola zdezorientowanego McAvoya, dodaje produkcji nieco koloru. Sam Christian Carion w 2017 roku wyreżyserował film Mój Synek, w którym stykamy się z praktycznie identyczną historią. Podobnie wątek zaginionego dziecka wykorzystał Denis Villeneuve w Labiryncie, czy nawet Pierre Morel w Uprowadzonej. Można więc powiedzieć, że głównym filarem tej kinowej konstrukcji jest właśnie James.

Prosta fabuła, skomplikowane wątki

Co się więc wydarzyło, że fabuła wyszła tak surowo? Poza wyciągnięciem tematu z jednej, wspólnej hollywoodzkiej puszki, problemem przede wszystkim jest przewidywalność i schematyczność. Scenariusz na całej linii pozostaje bardzo prosty i okrojony. Skłócone po rozstaniu małżeństwo, zaginione dziecko, archetyp nieobecnego ojca i bezradna policja do kompletu. Na tym wszystkim dryfuje McAvoy bez żagla i skryptu. Chcąc nie chcąc, to także przyczynia się do sprowadzenia dialogów oraz akcji do nieco trywialnego poziomu.

Niestety w Moim Synu mamy także do czynienia z największą zmorą wszystkich produkcji filmowych: porzuconymi wątkami. Podczas dochodzenia, które prowadzi Ed, wiele tropów się uaktywnia, by zaraz potem wygasnąć i zostawić wiele pytań bez odpowiedzi. Ta ilość poszlak i podejrzanych postaci ma pewien sens. Znajduje to uzasadnienie, gdy wraz z aktorem mamy możliwość wcielić się w rolę ojca i dochodzić do pewnych wniosków. Jednak na dłuższą metę wszystkie te osierocone ścieżki wprowadzają mały zamęt.

Gra emocji, dźwięku i obrazu

Jak aktor poradził sobie w tej plątaninie wątków? Z pewnością on sam przyczynił się do tego zamieszania. W zasadzie każda jego spontaniczna reakcja stawała się zupełnie nowym zdaniem w scenariuszu. Oglądając film, nie da się nie zauważyć, jak świetnym aktorem jest James McAvoy. Z racji, że odebrano mu możliwość przygotowania się do roli, musiał się w niej jeszcze utwierdzić emocjonalnie. Pokazuje nam to przy każdej możliwej okazji. Tak jak ów eksperyment nie działa zbyt pozytywnie na całą fabułę, tak pojedyncze sceny, okraszone spontanicznością, przyprawiają o dreszcze. Gdy Ed rozmawia o całej sytuacji z partnerem swojej żony, cały domek – gdzie toczy się rozmowa – trzęsie się od napięcia. Widząc autentyczny gniew, stopniowo pojawiający się na twarzy McAvoya, widz sam zaczyna obawiać się jego reakcji, jednocześnie doskonale go rozumiejąc. Jeżeli taki efekt chciał osiągnąć reżyser, to z pewnością mu się udało. Mocne sceny w drewnianych chatkach – jak w Bękartach Wojny – nigdy nie zawodzą.

Bezsprzecznie, wartą pochwały jest również współpraca Erica Dumonta – operatora – i odpowiedzialnego za muzykę Laurenta Perez Del Mara. Obaj odpowiedzialni są za stopniowe przemienianie się bajkowych i kolorowych wzgórz Szkocji, w pełną mroku i desperacji krainę. Momentem kulminacyjnym ich pracy jest końcowa scena w opuszczonym dworku. Muzyka tworzy tam, wręcz ociekające ze ścian, napięcie i atmosferę pełną trwogi. Kamera za to, nieodstępująca na krok od twarzy McAvoya, wstrzykuje nam dawkę niepokoju i ciekawości. Trzeba przyznać, że to kolejna niezwykle udana scena, która podobnie jak główny aktor, utrzymuje poziom produkcji.

Oglądać, albo nie oglądać – oto jest pytanie

Pomimo pięknych ujęć i doskonale uchwyconego klimatu tajemniczości filmowi wciąż czegoś brakuje. Tę samą fabułę, tyle że w o wiele ciekawszym wydaniu, można zobaczyć równie dobrze w wymienionym wcześniej Labiryncie czy Uprowadzonej. Niemniej jednak uważam, że warto zobaczyć tę produkcję na wielkim ekranie, dla samego doświadczenia. Rola, którą odegrał James McAvoy, jest naprawdę imponująca interpretacyjne i emocjonalnie. Właśnie dla tej roli warto wybrać się do kina. Jeżeli ktoś nie boi się eksperymentalnych produkcji, z pewnością tej wycieczki nie pożałuje.

Po więcej ciekawych tekstów ze świata kultury zapraszamy tutaj ->meteor.amu.edu.pl/programy/kultura