Jak Poznań oddychał w lecie PRL-u

Trzydziestostopniowy upał, topiący się asfalt na ulicy Armii Czerwonej i zapach spalin z dwusuwowych silników. Gdy w czasach Polski Ludowej letni żar zalewał poznańskie sypialnie z wielkiej płyty, mieszkańcy musieli wykazać się niezwykłą zaradnością. Od kultowych, choć wiecznie zatłoczonych basenów „Chwiałki”, przez pełną absurdów historię pechowego kąpieliska na Ratajach, aż po legendarne wyprawy „Ogórkiem” do Strzeszynka – oto sentymentalna podróż do czasów, gdy pragnienie gasiło się „gruźliczanką” z saturatora, a namiastkę wielkiego świata dawały czerwcowe Międzynarodowe Targi Poznańskie. Z czym jeszcze kojarzył nam się Poznań w okresie PRL?

Syrena nad Ratajami, woda z saturatora i kolejka do Strzeszynka. Jak Poznań oddychał w lecie PRL-u

Lipiec, rok 1976. Termometry na fasadzie wieżowca Zjednoczenia Przemysłu Ceramicznego przy ulicy Fredry wskazują trzydzieści dwa stopnie w cieniu. Asfalt na Świętym Marcinie – zwanym wówczas dumnie ulicą Armii Czerwonej – staje się miękki, niemal plastyczny pod podeszwami sandałów. Powietrze drży. Nad miastem unosi się specyficzny zapach rozgrzanej papy dachowej, spalin z silników dwusuwowych Syren i Wartburgów oraz parującej wody z rzadka rozstawionych miejskich zraszaczy.

Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu

Mieszkańcy nowo wybudowanych bloków na Ratajach i Winogradach szukają cienia. Klimatyzacja to pojęcie z filmów wyświetlanych w kinie „Rialto” lub „Bałtyk”; w poznańskiej rzeczywistości połowy dekady Gierka ratunkiem jest bawełniana koszulka, chłodna piwnica i wielka ucieczka. Ucieczka w stronę wody.

Gdzie podziewał się Poznań, kiedy słońce paliło robotnicze i urzędnicze głowy? Oficjalna propaganda sukcesu w „Gazecie Poznańskiej” przekonywała, że klasa robotnicza masowo wyjeżdża do zakładowych ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych w Dźwirzynie, Kołobrzegu czy pobliskim Sierakowie. Prawda była jednak bardziej stacjonarna. Dla tysięcy rodzin z poznańskich fyrtli, które nie dostały w danym roku skierowania z zakładu pracy, stolicą letniego wypoczynku stawał się sam Poznań. Poznań z jego jeziorami, basenami, ogródkami działkowymi i specyficznym, lokalnym mikroklimatem, w którym robotniczy etos mieszał się z wielkopolską zaradnością.

Chwiałka i pechowy prezent dla Rataj

Zaczynamy od miejsca-symbolu. Wilda. Ulica Jana Spychalskiego. Dla każdego poznaniaka tamtych lat to była po prostu „Chwiałka”. Otwarty w lipcu 1965 roku kompleks basenów letnich był architektonicznym manifestem powojennego modernizmu. Purystyczna forma, żelbetowe ramy hal basenowych, ascetyczne linie. Obiekt, który sfinansowano częściowo ze środków Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy i Kraju, był dumą Poznania. Przez ponad dwie dekady stanowił jedyną tej klasy pływalnię w mieście.

Na Chwiałkę szło się z samego rana. Kolejka po bilety ustawiała się już o siódmej, choć bramę otwierano później. Jak ktoś wszedł, to siedział do wieczora. Największym hitem była podgrzewana woda w nieckach – w tamtych czasach to był luksus nie do pomyślenia. I ta słynna skocznia z wieżą, z której skok wymagał nie lada odwagi. Zapach chloru wymieszany z wonią smażonej kiełbasy z pobliskiej budy do dziś stanowi eteryczne wspomnienie tamtych lat dla tysięcy wildzian.

Ale Chwiałka, choć kultowa, nie mogła pomieścić dynamicznie rosnącej populacji Poznania. W latach siedemdziesiątych ruszyła budowa Rataj. Gigantyczne blokowiska potrzebowały własnej infrastruktury rekreacyjnej. I tak dochodzimy do jednej z najbardziej kuriozalnych opowieści o poznańskim lecie w PRL-u- historii pechowego basenu na osiedlu Piastowskim.

17 lipca 1979 roku Ośrodek Rekreacyjno-Sportowy Rataje został otwarty z ogromną pompą. Ceremonia miała uświetnić zbliżające się Święto Odrodzenia Polski, czyli słynny 22 lipca. Partyjni oficjele w garniturach, przecinanie wstęgi, goździki dla budowniczych. Basen był imponujący – nieregularny kształt, betonowe wyspy z drabinkami dla ratowników, ogromny brodzik dla dzieci przechodzący płynnie w głęboką nieckę tuż przy brzegu Warty. Cud urbanistyki, który trwał dokładnie… trzy dni. Trzy dni po wielkiej gali, kiedy partyjne limuzyny odjechały, a gazety wydrukowały już pełne zachwytu artykuły, basen zamknięto. W kuluarach szeptano, że woda ucieka do Warty, bo dno pękło. Miejska legenda głosiła, że beton był tak parszywej jakości, iż cała woda po prostu wsiąkała w ziemię. W rzeczywistości problemem okazały się błędy konstrukcyjne, niestabilny grunt aluwialny nad Wartą oraz podsiąkanie wód gruntowych. Otwierano go potem jeszcze parę razy po wiecznych remontach, ale obiekt ten na lata stał się w Poznaniu symbolem gierkowskiej fuszerki.

Podmiejska Riviera – Strzeszynek i Kiekrz

Kiedy miejskie baseny zawodziły lub były przepełnione do granic możliwości, Poznań ruszał na północny zachód. Kierunek Strzeszynek i Kiekrz. To tam biło prawdziwe serce letniego, podmiejskiego wypoczynku.

Strzeszynek, włączony w granice administracyjne Poznania jeszcze w czasie wojny, w latach sześćdziesiątych przeszedł prawdziwą metamorfozę. W 1960 roku utworzono tu pierwszy nowoczesny kemping w mieście. Kilka lat później wzniesiono kultowy budynek restauracji „Oaza”, a wokół niego rozbudowano kompleks rekreacyjno-plażowy z motelem i domkami typu „Brda”. Strzeszynek był dla Poznania synonimem nowoczesnego, eleganckiego relaksu w bliskości z naturą.

„Oaza” zapisała się w historii obyczajowej miasta czymś jeszcze – to tutaj, jak podają kroniki towarzyskie, odbywały się wieczorne dancingi i programy estradowe, które dla wielu były jedynym powiewem wielkiego świata. Ale w dzień Strzeszynek był domeną rodzin z dziećmi. Jak się tam dostawano? To była wyprawa godna podróży międzykontynentalnej.

Nie każdy miał Fiata 126p. Większość poznaniaków jeździła autobusami MPK. W weekendy uruchamiano specjalne linie sezonowe. Ludzie stali na przystankach stłoczeni. Do Jelcza, tak zwanego „Ogórka”, wsiadało się drzwiami i oknami – dosłownie. Kierowcy nie chcieli ruszać, bo autobus osiadał na resorach. Kto miał więcej sprytu, wsiadał w pociąg relacji Poznań-Piła i wysiadał na stacji Strzeszyn, skąd szło się pieszo przez las.

Obok Strzeszynka funkcjonował Kiekrz – królestwo poznańskiego żeglarstwa. To na tamtejszym wielkim jeziorze swoje pierwsze halsy robili późniejsi mistrzowie sportu. Ośrodki Ligi Obrony Kraju, kluby żeglarskie JKW czy KKS Lech Poznań przyciągały młodzież szukającą wiatru i przygody. Wokół jeziora Kierskiego jak grzyby po deszczu wyrastały też prywatne domki letniskowe, budowane systemem gospodarczym z tego, co udało się „załatwić” z placów budowy państwowych fabryk. Kawałek blachy falistej, deski z szalunków, okna z demontażu – i tak powstawała własna, podpoznańska dacza.

Dolina Cybiny i mit maltański

Historia poznańskiej Malty to opowieść o wielkich ambiach, przerwanych projektach i uporze mieszkańców. Choć jezioro, jakie znamy dzisiaj – z nowoczesnym torem regatowym – to owoc gruntownej przebudowy z końca lat 80. XX wieku, to przez cały okres PRL-u Dolina Cybiny była ważnym punktem na mapie letniego Poznania.

Sztuczny zbiornik powstał w wyniku spiętrzenia wód Cybiny w 1952 roku. Prace prowadzono w dużej mierze w tzw. „czynach społecznych”. Tysiące poznaniaków po godzinach pracy w fabrykach przychodziło tu z łopatami, by kopać misę przyszłego jeziora. W 1961 roku Malta przeżyła swój pierwszy wielki moment chwały – zorganizowano tu Mistrzostwa Europy w Kajakarstwie. Naprędce łatano infrastrukturę, pogłębiano dno.

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jednak w latach siedemdziesiątych Malta zaczęła podupadać. Woda stała się mętna, zbiornik zarastał i mulił się w zastraszającym tempie. Mimo to, brzegi jeziora wciąż przyciągały w lecie mieszkańców pobliskiej Śródki, Komandorii i nowo budowanych Rataj. Nad Maltę chodziło się na spacery, pod Kopiec Wolności (zwany wówczas Kopcem Organizacji Młodzieżowych). Pod koniec lat siedemdziesiątych stało się jasne, że bez radykalnych kroków Malta zniknie z mapy Poznania. W 1980 roku spuszczono wodę i rozpoczęto gigantyczną, trwającą dekadę inwestycję, która stworzyła Maltę na nowo.

Codzienność betonowego lata. Poznań, saturatory, lody i ogrody

Letni Poznań w PRL-u to nie tylko wielkie akweny wodne. To przede wszystkim mikrokosmos miejskiej codzienności. Wyobraźmy sobie spacer ulicą Dzierżyńskiego (dzisiejsza Półwiejska) lub przez plac Wolności w upalne popołudnie roku 1982. Stan wojenny dopiero co został zawieszony, w sklepach brakuje podstawowych towarów, a z nieba leje się żar. Co ratuje poznaniaków? Konstrukcja prosta, wręcz genialna w swojej toporności. Miejski saturator.

Saturator to był król ulicy. Wielki, szary wózek na dwóch kołach, z wielką butlą z gazem i szklankami na łańcuchach. Tak, szklanki były wielorazowe. Kobieta w fartuchu płukała je specjalną dyszą, która pryskała wodą od spodu, nalewała czystą wodę gazowaną („czystą gruźliczankę”) za złotówkę lub z sokiem za dwa złote. Sok był zazwyczaj malinowy albo jabłkowy, strasznie słodki i lepki. Higiena była umowna, ale w upalne dni kolejki nie miały końca. Druga kolejka stała zawsze do lodziarni – po tradycyjne lody w gałkach, nakładane łyżką między dwa andruty. Smaki były klasyczne: śmietankowe, truskawkowe, czekoladowe.

Gdy miasto stawało się nie do zniesienia, istniał jeszcze jeden wentyl bezpieczeństwa. Pracownicze Ogrody Działkowe. Poznań od czasów przedwojennych był zagłębiem działkowym. W latach PRL-u, a zwłaszcza w kryzysowych latach osiemdziesiątych, kult działek osiągnął swoje apogeum.

Działka przy Drodze Dębińskiej, na Boninie czy na Głuszynie nie była tylko miejscem, gdzie leżało się na leżaku. To była minifarma. Hodowano tam kury, króliki, uprawiano pomidory, ogórki i porzeczki, z których potem w kuchniach z wielkiej płyty matki robiły zapasy na zimę. W lecie życie rodzinne przenosiło się tam w całości. Ojciec po szychcie w ZNTK lub w „Cegielskim” jechał prosto na działkę. Wieczorami nad ogrodami unosił się dym z ognisk – pieczono w nich ziemniaki, a z tranzystorowych odbiorników „Jowita” sączyły się piosenki Anny Jantar czy Krzysztofa Krawczyka.

Międzynarodowy oddech. Lato pod znakiem MTP

Na koniec musimy wspomnieć o zjawisku unikalnym w skali całego bloku wschodniego. Czymś, co co roku w czerwcu i na początku lipca zmieniało Poznań w kosmopolityczną metropolię. Międzynarodowe Targi Poznańskie.

Źródło: Cyryl – Cyfrowe Repozytorium Lokalne

Choć czerwcowe targi były imprezą stricte gospodarczą, miały gigantyczny wpływ na to, jak poznaniacy spędzali początek lata. Teren MTP stawał się oknem na świat. Do miasta zjeżdżały tysiące wystawców zza żelaznej kurtyny. Hotele „Merkury”, „Bazar” czy „Polonez” pękały w szwach. Na ulicach pojawiały się samochody marek, o których przeciętny Polak mógł tylko pomarzyć.

Kupowało się bilety lub wejściówki i po prostu chodziło między pawilonami, żeby pooglądać Zachód. Zbierało się foldery reklamowe, plastikowe reklamówki z logo zagranicznych firm. Czasami wystawcy rozdawali gadżety- długopisy, baloniki, a jak ktoś miał szczęście, to dostał puszkę prawdziwej Coca-Coli. Po targach cała ta międzynarodowa atmosfera wylewała się na miasto. Restauracje działały do późna, a w kawiarniach hotelowych można było spotkać obcokrajowców. Przez te kilkanaście dni poznaniacy czuli, że ich miasto leży w samym sercu Europy.

Echo tamtych dni

Tamto lato w mieście – pełne niedoborów, kolejek, absurdów architektonicznych i politycznej nowomowy – miało jednak w sobie coś, czego dzisiaj często nam brakuje. Niezwykłą bliskość międzyludzką, czas, który płynął wolniej, i tę specyficzną, poznańską zdolność do organizowania sobie małego, prywatnego szczęścia na przekór szarej rzeczywistości.

PRL przeminął, zostawiając po sobie wspomnienia zapisane na wyblakłych fotografiach ORWO i w pamięci pokoleń. Dawne baseny na Ratajach zarosły trawą i zostały rozebrane, ustępując miejsca nowej architekturze parku. Chwiałka przeszła gruntowną modernizację, stając się nowoczesnym kompleksem, a Strzeszynek i Kiekrz wciąż przyciągają poznaniaków – choć dziś zamiast zatłoczonym „Ogórkiem” jedziemy tam klimatyzowanym autem lub rowerem wzdłuż zrewitalizowanych ścieżek Doliny Bogdanki.

Dominika ROSIEWICZ

Po więcej tekstów ze świata informacji i publicystyki zapraszamy tutaj!