Nowy film z serii kultowych bajek o dinozaurach dla dorosłych szaleje w polskich kinach już od ponad tygodnia. 4 lipca, na wielkich ekranach zawitała siódma z kolei część franczyzy, którą zapoczątkował legendarny Jurassic Park z 1993 roku, a którą niemalże zabił Jurassic World z 2022 roku. Pytanie, czy twórcom udało się uratować serię po Jurassic World: Dominion? I dlaczego nikogo nie obchodzą już dinozaury?

Tabula rasa
Jakie by Jurassic World: Odrodzenie nie było – trzeba przyznać, że sam fakt jego powstania jest odważnym krokiem ze strony twórców. Po kompletnej klapie, jaką okazało się Jurassic World: Dominion, to cud, że dostaliśmy w ogóle kolejny film o dinozaurach. Dinozaury to jednak za dużo powiedziane. W przypadku Jurassic World: Odrodzenie możecie spodziewać się dużych, głośnych i strasznych jaszczurów. Jednak z dinozaurami seria zaczyna mieć coraz mniej wspólnego. Teraz dinozaury wydają się już passe, zamiast tego oferuje się nam zmodyfikowane genetycznie mutanty. O zgrozo – dokładnie to wyśmiewały oba pierwsze filmy Jurassic World.
W zasadzie, nowy Jurassic World, podobnie jak dinozaury, nie ma wiele wspólnego ze swoimi starszymi braćmi – trzema częściami Jurassic Park i trio Jurassic World. Odrodzenie to w pewnym sensie kompletnie nowy twór, reboot, który pełni funkcję tabula rasy, którą zaserwowali sobie sami twórcy. 2022 rok był druzgocący dla franczyzy, więc opcje były dwie: zacząć od nowa, albo już w ogóle nie zaczynać. Z jakiegoś powodu, Spielberg wraz z Universal Studios dali zielone światło, a stery reżyserskie objął Gareth Edwards. Pewnie chodziło o pieniądze, ale chcę wierzyć, że była w tym też nutka sentymentu.

Jurassic World: Odrodzenie – wielkie serce dinozaura
W świecie, do którego zapraszają nas twórcy Odrodzenia, dinozaury nie robią już na nikim wrażenia. Co więcej, wzbudzają nawet poirytowanie, gdy któryś z nich wślizgnie się do miasta, blokując ruch. Przepowiednie z poprzednich części się nie sprawdziły – dinozaury nie przejęły kontroli nad światem. Klimat, na jaki ludzkość skazała ziemię, nie pozwolił im przetrwać. Gady, które miały szczęście, schroniły się w lasach równikowych, gdzie warunki pozwoliły im na w miarę znośny byt. Teraz, wstęp na te tereny jest surowo zabroniony. Nikomu się jednak nie pali, żeby pchać się prosto w paszczę Tyranozaura.
No, chyba że ktoś ma w tym interes. Tak, zgadliście! Antagonistą Odrodzenia jest bezduszna, nastawiona na zysk firma, która chce wykorzystać dinozaury w swoich niecnych celach. I nie chodzi tu o InGen. Tym razem wielkimi jaszczurami zainteresowała się firma farmaceutyczna, która poprzez pozyskanie DNA największych dinozaurów, chce opatentować lek na choroby układu sercowo-naczyniowego. Oczywiście dostępnego za odpowiednią cenę. Do kolekcji potrzeba im zwierzęcia lądowego, morskiego i latającego.
Aby przeprowadzić tą niezwykle niebezpieczną i nielegalną misję, przedstawiciel przedsiębiorstwa – Martin Krebs (Rupert Friend) – zatrudnia Zorę Bennett (Scarlett Johansson). Specjalistkę od tego typu operacji. Do kompletu dobrany zostaje także dr Henry Loomis (Jonathan Bailey), którego zadaniem jest rozpoznanie konkretnych gatunków i predykcja ich zachowań. W okolicach pasa równikowego, do ekipy dołączają znajomi Zory, którym przewodzi kapitan statku Duncan Kincaid (Mahershala Ali).

Szczęki family friendly
Gdyby nowych postaci było Wam za mało, twórcy postanowili dodać jeszcze kolejną grupę bohaterów, kompletnie niezwiązanych z pierwotną fabułą filmu. Mianowicie, podczas gdy specjaliści szukają prehistorycznego Mozazaura, po tych samych wodach podróżuje żeglarz – wraz ze swoją młodszą i starszą córką oraz jej chłopakiem. To, co miało okazać się niewymagającą wycieczką przez Atlantyk, okazuje się dla rodziny koszmarem. Zabójczy gad, którego szukają Zora i Henry, znajduje bowiem najpierw łódź, którą płynie rodzinka rodem z Disneya. Trzeba przyznać, że sekwencja na morzu i walka z Mozazaurem jest jednym z lepszych elementów filmu. Widać tu mocną inspirację i hołd dla Szczęk Spielberga. Jest satysfakcjonujące napięcie i efektywna walka bezbronnego człowieka ze złowieszczą naturą. Aż budzą się emocje, które pamiętam z seansu oryginalnych części.
Takich momentów nie ma jednak w Jurassic World: Odrodzenie dużo. Po dobiciu całej grupy ocalałych – misji wraz z uratowaną rodziną – bohaterowie znów się rozdzielają, a my śledzimy przygody raz jednych, raz drugich. Tutaj fabuła znacznie zwalnia, rozmywa i robi się dość family friendly. Podczas gdy Johansson i Bailey szukają dużych dinozaurów, wesoła rodzinka znajduje sobie na pocieszenie swojego dino-pupila – małego Triceratopsa. Oczywiście, wprowadzonego do fabuły tylko i wyłącznie w celu opchnięcia dzieciom po seansie jak największej ilości zabawek z merchu.

Jurassic World: Odrodzenie – 5 minut dla T-Rexa
Wracając jednak do charakterystycznych momentów – kolejna łezka w oku kręci się podczas sceny z tytanozaurami, która jest odniesieniem do majestatycznych stad Brachiozaurów będących kwintesencją Parku Jurajskiego. W Odrodzeniu swoje 5 minut ma także tradycyjnie Tyranozaur. Smutne jest jednak to, że z jakiegoś powodu, twórcy serii od dłuższego czasu są dla T-Rexa scenopisarsko okrutni. Pojawia się tak dla zasady, w byle jakiej scenie – byle by było. Najwidoczniej król nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś.
I to właśnie jest poniekąd przekleństwem Parku Jurajskiego. Problem tkwi w tym, że nikogo już dziś nie obchodzą dinozaury. Przynajmniej taki wydźwięk płynie z fabuły filmów Jurassic World, ale też i z samego kieruku (o ironio!), w jakim poprowadzono serię. Po co pokazywać w kółko te same dinozaury, jak można je zastąpić genetycznie zmodyfikowanymi potworami. Więcej zębów, większe rozmiary i straszniejszy ryk – myślałem, że twórcy, pisząc scenariusze do poprzednich części, nauczyli się, że to nigdy nie wychodzi na dobre. A jednak – główne monstrum Jurassic World: Odrodzenie to ohydna hybryda stworzona na bazie genów Tyranozaura. No ale w końcu reżyserem jest Gareth Edwards, może po prostu zatęsknił za swoją Godzillą.
Jedyne co dobrego wyszło ze scen, w których pojawia się Distortus Rex (patrząc na nazwę, przynajmniej byli świadomi, co stworzyli) to fenomenalne, mroczne zdjęcia pod koniec filmu, kiedy Kincaid ucieka przed potworem przez dżunglę.

Piękne zdjęcia, straszny scenariusz
Nie tylko finałowa scena stanowi majstersztyk wizualny produkcji. Cały film charakteryzuje się bowiem absolutnie zachwycającymi zdjęciami. W opozycji do dość rozmiękłej fabuły, część wizualna Odrodzenia jest mocnym argumentem na plus dla nowego Jurassic World. Za nią odpowiedzialny jest natomiast John Mathieson. Zasłużony autor zdjęć znany jest z takich filmów jak Gladiator I i II czy Hannibal. Co ciekawe, Mathieson zdołał przekonać producentów do nakręcenia Odrodzenia na filmie. Stwierdził, że w ten sposób będzie miał możliwość uchwycenia nostalgicznego wymiaru serii. Mimo obaw przed kosztownością przedsięwzięcia Mathieson dostał zielone światło i była to jedna z lepszych decyzji twórców względem produkcji. Zdjęcia, kolorystyka i atmosfera obrazów są tu naprawdę zachwycające.
Niestety, nawet najpiękniejsze zdjęcia nie są w stanie uratować poturbowanej treści filmu. Przez niepotrzebny wątek rodziny, za dużą ilość postaci i znaczne obniżenie poprzeczki grozy filmu, Odrodzenie zdaje się nie tylko odklejone od serii fabularnie, ale i nastrojowo. Co z tego, że są dinozaury i ich hybrydy, jak nie ma do nich naukowego komentarza Dr. Iana Malcolma. Co z tego, że jest przygoda, jak nie idzie za nią refleksja nad człowieczeństwem, nauką i samozagładą. Aż nie chce się wierzyć, że scenariusz do Odrodzenia pisał David Koepp – ten sam, który powołał do życia skrypt Jurassic Parku z 1993 roku.
Jurassic World: Odrodzenie – czy warto?
Czy Jurassic World: Odrodzenie to zły film? I tak i nie. Produkcja udowodniła, że podobnie jak w przypadku dinozaurów – nie wszystko warto wskrzeszać. Czy jednak szkoda 20 zł na bilet do kina? Moim zdaniem – nie. Mimo iż podobnie jak Dominion, Odrodzenie jest trochę niewypałem, wciąż jest to wciągająca przygodówka, która bawi i potrafi miejscami zbudować napięcie. To produkcja, która na ten moment stanowi dzieło „obejrzyj-zapomnij”, przeciętny wakacyjny blockbuster. Mam jednak nadzieję, że pchnie ona Universal Pictures i Amblin Entertainment do stworzenia czegoś lepszego. Czegoś, co pozwoli w końcu odbić się franczyzie od dna. Przecież wszystkich nas dalej obchodzą dinozaury – nie dajmy im więc wyginąć po raz kolejny.
Po więcej ciekawych tekstów ze świata kultury zapraszamy tutaj meteor.amu.edu.pl/programy/kultura