Najlepsze albumy dekady 2000s według Magazynu Muzycznego

Czasy się zmieniają, a muzyka wraz z nimi. Każda dekada kojarzy nam się z czymś innym. Może to być krążek (re)definiujący gatunek, największe osiągnięcie wybranej gwiazdy, czy po prostu – fantastyczna płyta. W cyklu artykułów staramy się przybliżyć najważniejsze, najbardziej przełomowe, najlepsze muzyczne momenty minionych dekad. Po dekadzie 2010-2019, przyszła pora na kolejną odsłonę – redaktorzy Magazynu Muzycznego pochylili się nad najlepszymi albumami z lat 2000-2009. Zapraszamy do lektury!

najlepsze płyty 2000s

Amy Winehouse Back to Black (2006)

Mówiąc o brzmieniu dekady 2000s, nie da się nie wspomnieć o ikonie brytyjskiej muzyki, Amy Winehouse. Chociaż Back to Black było zaledwie drugim wydawnictwem artystki, to właśnie na nim znajdują się jej największe hity: między innymi tytułowe Back to Black, You know I’m No Good czy Rehab. Można by rzec, że ten krążek jest testamentem miłości Winehouse – zarówno tej romantycznej, międzyludzkiej, jak i do samej muzyki. Longplay stanowi balans soulu, bluesa i popu z licznymi nawiązaniami do brzmień lat 60-tych.

Słuchając tej płyty, zawsze zastygam… w podziwie, w smutku, w bólu. Wspaniałe zdolności pisarskie Amy sprawiają, że tego albumu nie tylko się słucha, ale i słyszy. Co za tym idzie – rozumie i czuje ciężar miłości, którą próbuje się za wszelką cenę udźwignąć. Lirycznie wydawnictwo nie jest ani czarne (jak sugeruje jego tytuł), ani też białe. Namiętność i nienawiść kroczą obok siebie, a artystka maluje obraz pełen różnych odcieni szarości: zagubienia, nadziei i wrażliwości.

Back to Black to nie tyle zbiór opowiadań, co powieść – powieść o bólu, niewierności, złamanym sercu i ciemnej stronie miłości. Amy Winehouse wykłada swoje karty na stół i podaje serce na dłoni. Jednak jak każdy dobry gracz trzyma asa w rękawie, zostawiając słuchaczom pewien niedosyt… który po śmierci artystki w 2011 roku pozostanie już z nami na zawsze. To definitywnie jeden z albumów, które ukształtowały dźwięk drugiego tysiąclecia, a już na pewno 2000s.

Natalia Urbańczak

Björk – Vespertine (2001)

Björk to bezsprzecznie artystka jedyna w swoim rodzaju, choć jej dziwnostki mogą odtrącać większość. Na jej czwartej płycie, pierwszej w nowym tysiącleciu, artystka jest nadal osobliwa, ale też dotychczas najbardziej elegancka i delikatna. Vespertine zawsze było przeciwwagą. Piosenkarka grając rolę w mrocznym Tańcząc w ciemnościach Von Triera, po pracy pisała album o miłości. Gdy inni wykorzystywali ekstrawaganckie studia wytwórni, Vespertine powstawało na laptopie. Aurora i Undo swoimi mikrorytmami, skrzypcami i pozytywkami wprowadzają w śnieżną atmosferę, ale teksty i melodie są wypełnione ciepłym komfortem. 

Ten album powstał z miłości do codzienności: Hidden Place pełne chórów błagających o chwilę intymności, It’s Not Up to You o wstawaniu z nadzieją każdego poranka, maksymalistyczne Pagan Poetry krzyczy „I LOVE HIM„, a Cocoon jest chyba najpiękniejszą piosenką o seksie wszech czasów. Vespertine najbliżej do Kid A, ale to strzał w graniczny pierścień tarczy, bo wokale, dziecięce instrumenty połączone z najsubtelniejszą elektroniką składają się na coś więcej niż tylko eksperyment. Ta płyta brzmi jakby miała swoje własne bijące serce. Życie nie z węgla i nieoddychające tlenem, a stworzone z dźwięków odbijających się atomów i żywiące się emocją. To jedno z największych osiągnięć muzycznych ludzkości i nie jest to hiperbola. Björk w dalszych latach tworzyła potem swoje najbardziej szalone projekty, ale to Vespertine jest uznawane za jej arcydzieło. Nigdy nie słyszałam płyty cieplejszej, bardziej rozumiejącej oraz emocjonalnej i prawdopodobnie nigdy nie usłyszę.

Ania Gil

Converge – Jane Doe (2000)

Dla nas ktoś nieznany to Jan Kowalski, dla Amerykanów John Doe. Kobietom nadaje się wtedy imię Jane. To dość instrumentalna sprawa, często wykorzystywana w ekstremalnych sytuacjach, gdy osoba nie jest w stanie podać swoich danych osobowych. Jane Doe to tytuł czwartej płyty zespołu Converge i trudno się dziwić, bo jej całość to jedna wielka sytuacja ekstremalna. Jeśli przeżyjecie początkowe i ikoniczne Concubine, to dacie radę przetrwać do końca krążka, a warto. Metalcore (gatunek, w którym Converge operuje) zdobywa w ostatnich latach dość dużą popularność dzięki np. Bring Me The Horizon, ale to Jane Doe jest fundamentem tego sukcesu. To płyta, która jako jedna z pierwszych przeszła ewolucję od hardkorowego zezwierzęcenia do wysublimowanej agresji. 

Jednak nie każda piosenka jest jazdą bez trzymanki – świetnym oddechem jest np. Hell to Pay, czyli powolna pieśń pogrzebowa z absolutnie miażdżącym riffem. Kurt Ballou, gitarzysta zespołu, prezentuje tu tak naprawdę jedną genialną melodię za drugą. Fault and Fracture, drugi utwór na płycie, jest samą w sobie wystawą strunowych okropieństw. Nie takich, które obrzydzają, ale które podsuwają myśl – jakim cudem oni to zagrali? Podczas gdy Thaw to chyba najbardziej matematyczny ze wszystkich utworów, Distance and Meaning czy Homewrecker opierają się na chwytliwości – nie ma to znaczenia, bo wszystko sprawia, że głębokie emocje szukają wyjścia na zewnątrz. Dla Jacoba Bannona, wokalisty, to wyjście było spowodowane trudnym rozstaniem, pełnym żałoby, smutku, własnych błędów.

Ten album to wspomnienia, myśli, krzyki z tego ciężkiego okresu, kiedy to oblubienica z pierwszego utworu zamienia się w nieznaną Jane Doe… Tytułowy 11-minutowy utwór powoli miażdży pod presją gitar i bijących bębnów, podsumowując albumowe brzmienie, jak i zapieczętowany los zdradzonych marzeń. Krzycz, płacz, bij. Czasem muzyka jest też czasem na to.

Ania Gil

Lift to Experience – The Texas-Jerusalem Crossroads (2001)

Jest szansa, że przegapiliśmy Sąd Ostateczny, bo odbył się na początku pierwszej dekady XXI w. na południu Stanów Zjednoczonych. The Texas-Jerusalem Crossroads to album, który odstaje na tle innych. Teksańskie (bo jakżeby inaczej) trio Lift To Experience próbuje przekonać słuchacza, że drugie przyjście Chrystusa nastąpi właśnie w ich rodzinnych stronach, które są przy okazji Ziemią Obiecaną. Inspiracji biblijnych odniesień można doszukiwać się w dzieciństwie wokalisty, Josha Pearsona, który jest synem pastora. Kolejnym źródłem jest historia Stanów, nieodłącznie związana z nadzieją na nowe, lepsze życie. Wisienką na torcie jest fakt, że Jerozolima leży prawie na tym samym równoleżniku, co drugi największy stan. 

Koncept jest absurdalny, momentami zabawny. Do końca pozostajemy w niepewności co do satyrycznego charakteru The Texas-Jerusalem Crossroads, a w jeszcze większą konsternację wprawia okładka krążka. Balansując na granicy groteski i profetyzmu, w warstwie tekstowej muzycy przemycają także linijki, które wznoszą się ponad treści religijne i trafiają do zwykłych zjadaczy chleba. Życiowe teksty przeplatają się z apokaliptycznymi wizjami naszpikowanymi biblijnym symbolizmem.

Groteska nie znajduje swojego odbicia w warstwie instrumentalnej, bo muzycznie mamy styczność z monumentalną produkcją. Post-rock spotyka sznyt country i skrzypce, a w tym połączeniu powstaje brzmienie, które przez wielu określane jest jako niebiańskie. Wraz z odsłuchem ponad półtoragodzinnego krążka nietrudno dać się wciągnąć w religijną psychozę Lift to Experience i, jak głosi tekst To Guard and to Guide You, „zrobić dwa kroki w stronę Teksasu”.

Teodor Lisak

Madvillain – Madvillainy (2004)

Według Earla Sweatshirta Madvillainy było dla jego pokolenia tym, czym dla dzieciaków z lat 90. Enter the Wu-Tang. MF DOOM i Madlib tym wydawnictwem uczynili hip-hop cudownie dziwnym. Wywrócili utarte schematy do góry nogami, tym samym wychowując całą rzeszę nowych raperów-wizjonerów.

Przede wszystkim każdy utwór to strukturalny kalejdoskop. Numery wielokrotnie sprawiają wrażenie urwanych w połowie po to, by chwilę później ponownie się przenikać. Danny Brown wspominał kiedyś, że dopiero ten krążek uświadomił mu (i pewnie wielu innym muzykom), że rapowy numer wcale nie musi być oparty na schemacie 16-linijkowych zwrotek i powtarzającego się refrenu. Zamiast nich są natomiast setki sampli: jazzowe, soulowe i funkowe, uzupełnione fragmentami audycji radiowych i telewizyjnych wraz z cytatami z przestarzałych filmów. Madlib wspiął się tu na absolutne wyżyny produkcyjnej kreatywności.

Wydane parę miesięcy później Madvillainy Instrumentals potwierdzają jednak, że jak świetne podkłady by to nie były, kluczowy jest w tym wszystkim fantastyczny rap. Nieodżałowany Daniel Dumile, tworząc swoje własne, komiksowe uniwersum wciela się w rolę zamaskowanego superzłoczyńcy (sama ksywka MF DOOM inspirowana jest marvelowskim Doktorem Victorem Doomem), który swoimi linijkami jeńców po prostu nie bierze. Bezustannie nawiązując do popkultury, kładzie wersy tak zawiłe i obfite w rymy, że ciężko nadążyć z liczeniem i kolorowaniem sylab, a to wszystko doprawia zielarską atmosferą. A gdyby tego było mało, to na Madvillainy pojawia się gościnnie pod jeszcze jednym aliasem – jako Viktor Vaughn nawija o dziewczynie zdradzającej go z MF DOOMem. Nie bez powodu Thom Yorke nazywał go geniuszem, JPEGMAFIA bogiem mikrofonu, a Q-Tip ulubionym raperem twojego ulubionego rapera.

Miłosz Kaśnicki

Małpa – Kilka numerów o czymś (2009)

Debiuty w polskim rapie bywają różne – niektóre przechodzą bez echa, inne są efektem pompowanych budżetów. Jednak ze świecą szukać takiego przywitania ze sceną, jak ikoniczne Kilka numerów o czymś Małpy. Krążek wydany całkowicie niezależnie, w niespełna trzy lata osiągnął status Złotej Płyty. To był historyczny, przełomowy moment – pierwszy raz złota płyta przyznana została za sprzedaż dokonaną wyłącznie poza oficjalną siecią dystrybucji. Sukces był tak duży, że po sprzedaniu pierwszego tysiąca egzemplarzy Małpa przypieczętował swoją pozycję kontraktem dystrybucyjnym w Asfalt Records.

Warto pamiętać, w jakim momencie Małpa wchodził do gry. Rok 2009 był czasem potężnych premier od ugruntowanych na scenie marek. Na głośnikach królowały takie krążki jak Droga Hemp Gru, O.C.B. O.S.T.R.-ego czy Pewniak Palucha. Szczeniacki, bezkompromisowy rap był wtedy w cenie, a Małpa zaproponował coś innego niespotykaną wcześniej emocjonalność i szczerość, która odcięła go od ulicznej szarości.

Mimo upływu lat takie utwory jak Miałem to rzucić czy Nie byłem nigdy rezonują niesamowicie z młodym słuchaczem. Jednak to Paznokcie są najczęściej wpisywane do Hall of Fame Polskiego Hip-hopu. Po dziś dzień uważam, że na warunki krajowe to pionierski hip-hopowy love-song. Bez śpiewanego refrenu, kopiowanego ze Stanów klimatu R&B, za to z pewnością siebie, intymnością i swoim własnym romantyzmem.

Obowiązkiem każdego świadomego słuchacza hip-hopu jest chociażby kojarzyć Kilka numerów o czymś. Ten krążek był przełomowy, jeśli chodzi o ustalenie momentu przebicia się artysty do mainstreamu. Jest też dowodem na to, że szczerość i „robienie swojego” bronią się nawet po półtorej dekady.

Mikołaj Plewa

Myslovitz Korova Milky Bar (2002)

Co może się stać, gdy połączymy ze sobą jedno z największych dzieł kinematografii oraz zespół, z którym każdy z nas ma chociaż jedno, często trudne wspomnienie?

Otrzymamy Bar Mleczny, w którym siedzą wszyscy Polacy, nawet jeśli Korova Milky Bar nie znają. Siedzą w nim z wielu powodów: z miłości do Myslovitz i Artura Rojka, z sentymentu do barów mlecznych, które są pięknym reliktem minionych czasów, oraz z powodu więzi, jaką czujemy z tym krążkiem.

Wydaje mi się, że każdy człowiek, niezależnie od tego, co sobą reprezentuje, w co wierzy i co ceni, ma w sobie pewną dozę ciepła, wrażliwości oraz miękkości. Korova Milky Bar właśnie tę miękkość naszej duszy eksploruje, dotyka oraz pobudza. Zaryzykuję stwierdzenie, że dania serwowane w tym mlecznym barze pobudzają zmysły i świadomość każdego słuchacza. Cierpcy Sprzedawcy marzeń, Wieża melancholii, która smakuje jak łyżka dziegciu, w której mimo jej dymnego, nieprzyjemnego aromatu czujesz, że musisz się rozsmakować, a na deser rozpływające się, ciepłe i wręcz niekomfortowo słodkie Chciałbym umrzeć z miłości. A na przepicie wszystkich smaków i natłoku emocji Acidland, który chociaż jest toksycznie wręcz kwaśny, palący i żrący, zostawia nas z aromatem nadziei, bo przecież mimo wszystko losy Twojego życia są tylko w Twoich rękach. 

Potraw w menu Baru Mlecznego Korova jest jeszcze więcej. Każda z nich pozwala na rozsmakowanie się w innej emocji, w innym wspomnieniu. Jeśli ktoś z Was jeszcze nie miał możliwości degustacji, nie zniechęcajcie się utrudnionym dostępem do tego albumu. Zdecydowanie warto wysłuchać tego, co grupa z Mysłowic miała nam do opowiedzenia.

Michalina Dobaczewska

Red Hot Chilli Peppers – Stadium Arcadium (2004)

Są takie albumy, których nie sposób słuchać biernie, gdzieś w tle, gotując czy sprzątając. Takie, które natychmiast wciągają, zatrzymują, a wręcz zmuszają do przeżywania każdej sekundy. Stadium Arcadium od Red Hot Chilli Peppers zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce w tej kategorii.

Wspomniany wyżej krążek nie jest jedynie zbiorem piosenek. To również przestrzeń, w której słuchacz może się zgubić i odnaleźć jednocześnie, bo jeśli akurat nie wprowadzasz się w stan nostalgii i melancholii, słuchając Slow Cheetah, to mimowolnie ruszasz głową do funkowego Hump de bump. To płyta, na której każdy znajdzie coś dla siebie, w końcu muzycy zawarli na niej aż 28 utworów. I tutaj warto wspomnieć, że podwójna struktura albumu wyprodukowanego przez Ricka Rubina nie jest przypadkowa – część Jupiter jest bardziej melodyjna i nostalgiczna, natomiast Mars dynamiczna i bardziej surowa.

Wstydem byłoby nie wspomnieć o chemii między muzykami, która zasługuje na szczególną uwagę. Charakterystyczne partie gitary Johna Frusciante oprócz spędzania snu z powiek większości początkujących gitarzystów, wprowadzają słuchacza w stan hipnozy, bas Flea wwierca się w głowę i pozostaje w niej na długo, a jakże nieidealnie idealny wokal Anthony’ego Kiedisa oddaje wszystkie emocje zawarte w utworach. To wszystko tworzy spójną, rozpoznawalną całość i klimat, którego nie da się pomylić z żadnym innym zespołem.

Nie bez powodu projekt zdobył pięć nagród Grammy. Nie znam nikogo, kto choć raz w życiu nie słyszałby Dani California czy Snow, nawet przypadkowo przełączając radio podczas jazdy samochodem. To wszystko dowodzi nie tylko komercyjnego sukcesu grupy, ale przede wszystkim tego, że RHCP potrafią tworzyć muzykę ponadczasową i taką, do której się wraca niezależnie od momentu w życiu.

Nina Ciamciak

The Strokes – Is This It (2001)

Trudno powiedzieć, że The Strokes na swoim debiucie wymyślili koło od nowa. Wielu ludzi od momentu wydania Is This It zarzucało zespołowi zbyt małą oryginalność i bezczelne kopiowanie swoich idoli. Ale czy trzeba być oryginalnym żeby nagrać dobrą płytę?

Na tym krążku słychać inspiracje takimi kapelami jak The Velvet Underground czy Television, ale wszystko jest tutaj wymieszane w brudzie garage rocka za sprawą geniuszu Juliana Casablancasa – lidera, który napisał wszystkie piosenki. Ich brzmienie to przede wszystkim: dwie idealnie dopełniające się gitary, sekcja rytmiczna składająca się z melodyjnych linii basowych złącznych z dawką solidnego grania na perkusji, a wisienką na torcie są charakterystyczne przesterowane wokale, często przywołujące na myśl Lou Reeda.

Jeżeli ktoś z was nigdy nie słyszał żadnego z utworów, wystarczy włączyć Last Nite czy Someday, żeby usłyszeć jak elektryzujący potrafi to być grupa. Moim faworytem jest jednak melancholijny numer tytułowy, w którym wyróżnia się genialna partia basu. Na uwagę zasługuje również żywiołowe New York City Cops.

Is This It to definicja słowa cool. Słuchając tej płyty, człowiek ma ochotę wygrzebać starą ramoneskę z szafy, kupić bilet do Nowego Jorku i szlajać się jego ulicami bez końca. Nie bez powodu po jej wydaniu, każdy chciał być jednym z The Strokes. Wiele lat później zespół inspiruje kolejnych następców, a ich pierwszy album pozostaje przykładem na to, jak grać prostego i zarazem chwytliwego rocka.

Kacper Tomalak

Po więcej tekstów ze świata muzyki zapraszamy na stronę Magazynu Muzycznego