Ambulans – zastrzyk adrenaliny

Michael Bay powraca na wielki ekran wraz z Jakiem Gyllenhaalem u boku. Ogrom wybuchów, opróżnionych magazynków i prawie dwugodzinny pościg, po którym ulice Los Angeles wydają się bardziej znajome od własnego osiedla. Hollywoodzki król rozwałki wciąż jest w formie.

Plakat promujący film „Ambulans"
Źródło: brieftake.com

Na ratunek 911

Po czterech latach nieobecności na wielkim ekranie Michael Bay wchodzi do kin z filmem sensacyjnym opartym na duńskiej produkcji Ambulans. W tym czasie reżyser zdążył zaliczyć wpadkę z pomysłem 6 underground, który najwyraźniej nie podszedł ani publiczności, ani Netflixowi. Bez negatywnych komentarzy nie obyła się również wznowiona po 17 latach kontynuacja serii Bad Boys. Jake Gyllenhaal też się nie obijał. Wystąpił w Uniwersum Marvela, a także zagrał główną rolę w filmie Winni, gdzie wcielił się w rolę dyspozytora ratunkowego. Coś go ostatnio ciągnie do tematyki 911. Tym razem dwie gwiazdy kina sensacyjnego Hollywood postanowiły połączyć siły i otworzyć drzwi do 2022 roku potężnym kopniakiem. Jak więc wygląda tytułowy Ambulans od środka?

Will (Yahya Abdul-Mateen II) i Danny (Jake Gyllenhaal) są przyrodnimi braćmi. Oboje wychowani na ulicach LA pod opieką ojca kryminalisty wykształcili różne systemy wartości. Will, w przeciwieństwie do Dannego, który poszedł w ślady ojca, postanowił wstąpić do wojska i walczyć dla kraju. Zmęczony ciężkim życiem weterana oraz zdesperowany nieuleczalną chorobą żony, postanawia przyjąć ofertę brata, która zakłada napad na bank federalny. Jak nakazuje kodeks filmów heist: napad klasycznie kończy się fiaskiem i krwawą strzelaniną. Dwaj bohaterowie, zamiast w przygotowanym samochodzie, lądują w ambulansie wraz z rannym policjantem i impertynencką ratowniczką medyczną (Eiza González). Pozostaje im tylko ucieczka, a przed nami jeszcze półtorej godziny filmu.

Scena z filmu „Ambulans"
Źródło: ambulance.movie

Michael Bay – hollywoodzki król rozwałki

Kto zna Baya, ten doskonale wie, czego można spodziewać się po jego filmach – tym bardziej, gdy na plakacie widnieje twarz Jake’a Gyllenhaala. Już nie raz mieliśmy okazję doświadczyć (dosłownie) postrzelonych pomysłów reżysera, który obecnie na hollywoodzkich wzgórzach ma szeroką reputację króla rozwałki. Co więcej, wprawne oko znajdzie w Ambulansie wiele odwołań do jego starszych filmów. Świadczy to prawdopodobnie o tym, że sam reżyser pogodził się z ową renomą. Zaiste, produkcja od góry do dołu usłana jest łuskami pocisków. Niebo pełne jest helikopterów, a do konwoju policyjnego wykorzystano prawdopodobnie wszystkie dostępne na planie radiowozy. Reżyser nie szczędzi dolarów na efekty specjalne i jazdy bez trzymanki, które są w zasadzie jego wizytówką. Nawet bohaterzy filmu w jednej ze scen autoironicznie wyśmiewają ten fakt. Ma to naturalnie swoich miłośników i przeciwników. Niestety, patrząc na opinie o filmie, ta druga grupa zdaje się przeważać szalę ocen.

Jake Gyllenhaal w filmie „Ambulans"
Źródło: ambulance.movie

Fenomen nadpobudliwej kamery

Abstrahując jednak od zamysłu za dużo Baya w Bayu i ewentualnej obrony reżysera, myślę, że warto skupić się nie tyle na zaburzonej równowadze między fabułą a demolką, ile na technicznych kulisach produkcji. Tą producencką perełką w Ambulansie jest skrajnie nadpobudliwa kamera. O co chodzi? Mianowicie, większość ujęć to kadry bliskie i zbliżenia. Dodatkowo duża liczba scen kręcona jest z ręki lub pod nienaturalnym kątem (po skosie, z dołu), będąc w ciągłym ruchu. Sumując to z ostrymi i bardzo szybkimi cięciami, powstaje efekt, jakby operator spił całą dostępną na planie kawę. W ten sposób reżyser podtrzymuje w nas ciągłe napięcie i trzyma na krawędzi fotela przez cały seans. Jak mówił w wywiadzie sam Jake Gyllenhaal: „Naprawdę, trudno się było w tym połapać”.

Michael Bay na planie filmu „Ambulans"
Źródło: ambulance.movie

Odrobina emocji, Jake Gyllenhaal i spółka

Żeby nie było, że Ambulans to jedynie kilogramy ołowiu, litry krwi i kilometry kwadratowe zniszczeń. Produkcja niesie też ze sobą mocne podłoże emocjonalne, idealne do uronienia paru łez. Solidarność dwójki braci, oddanie rodzinie czy poświęcenie bohaterów. Znajdzie się tutaj kilka dobrych one-linerów wywołujących uśmiech na twarzy. Nie brakuje też piosenek z lat 80′, które w klimaty wspominek bohaterów wpasowują się idealnie.

Nie sposób też nie wspomnieć o świetnym występie Jake’a Gyllenhaala. Aktor już nie raz wcielał się w rolę bandyty z obrzeży racjonalnego myślenia. Wyciska on z roli Dannego, ile się da i robi to zawodowo. Podobnie zjawiskowo zaprezentowała się Eiza González. Nieugięta i twarda kobieta, stanowiąca feministyczny trzon produkcji, niedający się stłumić przez przeważającą liczbę mężczyzn. Yahya Abdul-Mateen wydaje się tutaj nieco zanikać w drużynie. Jego postać spokojnie mogłaby zostać nieco bardziej rozwinięta w scenariuszu, co dałoby mu więcej swobody w grze. Niemniej jednak, jako trzeźwo myśląca ostoja wielkiej ucieczki, sprawdza się fenomenalnie.

Ambulans – wsiadać czy nie?

O dziwo, na seansie Ambulansu byłem jedyną osobą na sali – co, według pracownika kina, jest standardową frekwencją. Pytanie, skąd takie zjawisko i czy rzeczywiście jest słuszne? Odpowiadając na wątpliwości każdego rozważającego wycieczkę Ambulansem — z czystym sumieniem odpowiadam, że warto. Jeżeli szukacie z przyjaciółmi dobrego kina na wieczór albo jesteście uzależnieni od dreszczyku emocji, Michael Bay jest do waszych usług. Trochę śmiechu, trochę łez i multum akcji – nikt nie zrobi tego lepiej.

Po więcej ciekawych tekstów ze świata kultury zapraszamy tutaj ->meteor.amu.edu.pl/programy/kultura/