W czwartek Kolejorz rozegrał swój drugi mecz fazy ligowej Ligi Europy. Podobnie jak w poprzedniej kolejce rywalem podopiecznym Nielsa Frederiksena była drużyna z jednej z topowej europejskich lig, Bayer Leverkusen. Niestety, Lech Poznań uległ „Aptekarzom” 0:3.

Ciężkie początki
Kibice z Poznania mieli przerwę od gry w tych rozgrywkach – ostatni raz Lech grał tam w sezonie 2020/21. Wtedy Kolejorz zakończył swoją przygodę w Europie na etapie fazy grupowej, zajmując ostatnie miejsce. Tegoroczne zmagania w Lidze Europy nie zaczęły się najlepiej, bo od wyjazdowej porażki 0:4 z Crystal Palace. W dużej mierze gole gospodarzy wynikały z błędów piłkarzy polskiej drużyny. Na domiar złego, w tym meczu czerwoną kartkę zobaczył Radosław Murawski, przez co uniemożliwił sobie grę przeciwko Bayerowi.
Przed czwartkowym spotkaniem Lech Poznań wrócił do gry w Ekstraklasie po przerwie reprezentacyjnej. W sobotę Kolejorz pewnie pokonał Śląsk Wrocław 4:1, a w samym meczu szczególnie błyszczał Patrik Wålemark. Szwed zanotował w nim dublet, a oprócz niego z dobrej strony pokazał się rówież Pablo Rodriguez. Po takim zwycięstwie Lech mógł skupić się na meczu przeciwko Bayerowi Leverkusen.
Tymczasem popularni „Aptekarze” mogą mówić o nienajgorszym początku sezonu. Czwarte miejsce w tabeli Bundesligi, a w poprzedniej kolejce fazy ligowej Ligi Europy pokonał słoweńskie Celje 2:0.
Liga Europy wróciła do Poznania
Prawdą jest, że mecze w europejskich pucharach są inne. W Poznaniu łatwo można było wyczuć atmosferę zbliżającego się spotkania. Wśród samych kibiców panował spokój i większość była w pełni świadoma, z jakim rywalem zmierzy się tego wieczora ich drużyna. Tak naprawdę nikt nie rozważał zwycięstwa, a sam remis uważano, za spory sukces.
Po raz kolejny z oprawą popisał się „Kocioł”. Oprócz niej nie zabrakło też pirotechniki oraz klasycznego już „Do The Poznań”, które wykonywano na trybunach w 19. minucie. Atmosfera na stadionie była elektryzująca, jednak wszystko zaczęło się zmieniać po niecałych 20 minutach.
Powrót błędów z Londynu
Od samego początku to goście przeważali w spotkaniu i szybko przeszli do ataków na bramkę strzeżonej przez Mateusza Lisa. Na pierwszą sytuację bramkową Kolejorza trzeba było czekać aż do 11. minuty – dobrą okazję miał kapitan, Mikael Ishak, jednak Szwed nie trafił do siatki. Chwilę potem padł pierwszy cios dla gospodarzy, bowiem kontuzji doznał Wojciech Mońka, przez co Frederiksen musiał dokonać pierwszej zmiany. Na boisko zameldował się Terry Yegbe. Kilka minut później Ghańczyk dotknął piłkę ręką w polu karnym, co zweryfikował VAR. To poskutkowało jedenastką dla gości, którą pewnie wykorzystał Patrik Schick,
Aptekarze złapali wiatr w żagle i ciągle napierali na bramkę Lecha, przy okazji nie pozwalając Kolejorzowi na stworzenie sytuacji. Tymczasem piłkarze Frederiksena zaczęli robić dokładnie to, co mogliśmy zobaczyć w meczu z Crystal Palace – popełniać głupie błędy. Zaledwie kilka minut po bramce Schicka, Bayer znowu zaatakował bramkę Lisa. Bramkarz Lecha zatrzymał strzał, jednak nie złapał piłki. Gurgul próbował ją wybić, ale zamiast tego trafił prosto pod nogi Malika Tillmana, który zamienił taki prezent na gola.
W 40. minucie sędzia po raz drugi tego wieczoru podszedł do monitora, aby sprawdzić ewentualnego karnego. Zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku piłkarze Kolejorza protestowali, jednak arbiter spotkania był nieugięty – kolejna jedenastka dla Aptekarzy i znowu wykorzystana przez Schicka. Tym samym pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:0 dla gości.
Lech Poznań bez recepty na Bayer
Druga połowa nie przyniosła żadnych dużych zmian, zarówno w składach, jak i samej grze. Niemiecka drużyna grała spokojnie, swobodnie poruszała się między piłkarzami Kolejorza i w dodatku grała bez jakiejkolwiek presji. W tym samym czasie Lech grał nerwowo i nie był w stanie jakkolwiek zbliżyć się do rywala, a nawet jeśli trafiały się okazje do strzału to albo obrońcy, albo Mark Flekken, bramkarz Bayeru pewnie bronili dostępu do bramki.

Niels Frederiksen zaczął wprowadzać zmiany, aby spróbować ożywić grę zespołu. Na boisko weszli m.in. Filip Jagiełło, Daniel Hakans, czy też Pablo Rodriguez. W przypadku Hiszpana wszyscy zastanawiali się, czemu nie zagrał od pierwszej minuty, biorąc pod uwagę jego dobrą dyspozycję w meczu ze Śląskiem. Jak się okazało potem, chodziło o problemy poza boiskowe, co wyjaśnił duński szkoleniowiec na konferencji prasowej:
„Kwestia jest taka, że w każdej drużynie piłkarskiej, nie tylko w tym klubie […], mamy pewne zasady drużyny. Mamy kulturę wokół drużyny i wszyscy zawodnicy w każdej sytuacji muszą stosować się do tych zasad. Mieliśmy przykłady, w których Pablo nie robił tego. Później ja zdecydowałem, żeby zaczął mecz na ławce.”
Koniec końców, zmiany nie pomogły. Jeszcze w 88. minucie Ibrazim Maza zadał ostateczny cios poznańskiej drużynie i ustanowił wynik meczu na 0:4.
Europejska przygoda zamienia się w koszmar?
Dwa mecze i aż 8 straconych bramek. Z jednej strony kibice oglądają najgorszy możliwy początek gry w Lidze Europy, jednak z drugiej ciężko mówić o aż tak wielkim zaskoczeniu. Każdy zdawał sobie sprawę, że mecze z zespołami z Premier League, czy Bundesligi będą ogromnym wyzwaniem. Mecz z Crystal Palace i z Bayerem Leverkusen pokazał, jak ogromny przeskok dzieli Ligę Europy od dobrze znanej Ligi Konferencji. Przede wszystkim w obu meczach widoczne były błędy piłkarzy Lecha, o czym wspomniał Michał Gurgul:
Niektóre bramki wzięły się z naszych błędów i przy sytuacjach, które oni [Bayer] sobie wykreowali, mogliśmy się zachować lepiej. Musimy znowu to zobaczyć i przeanalizować, bo w drugim meczu rywale strzelają po naszych błędach. Na tym poziomie to po prostu wykorzystują dużo bardziej niż w Ekstraklasie.
Następny mecz w Lidze Europy również zostanie rozegrany na Bułgarskiej, ale rywal będzie równie ciężki. 22 października przyjedzie Sunderland, który w swoim ostatnim meczu pokonał portugalskie Torreense 2:1. Nim to jednak nastąpi, Lech Poznań zmierzy się w niedzielę w meczu ligowym z Koroną Kielce o 17:30.
Po więcej ciekawych tekstów ze świata sportu zapraszamy tutaj -> Planeta Sportu