Wtorek, 22 lipca, godzina 20:30, Enea Stadion w Poznaniu – to właśnie w tych okolicznościach Kolejorz miał rozpocząć swoją przygodę w eliminacjach Ligi Mistrzów. Naprzeciwko Lechitów stanęła drużyna z dalekiej, nordyckiej krainy, Breiðablik. Co tu dużo mówić. Nie dość, że Lech sprostał pierwszemu zadaniu, to wykonał je w sposób wybitny. Drużyna Nielsa Frederiksena zagrała doskonałe spotkanie na wszystkich płaszczyznach, wreszcie pokazując swoje prawdziwe oblicze. Takie, które chcemy oglądać jak najczęściej, czy to w Ekstraklasie, czy w kolejnych rundach eliminacyjnych.

Do trzech razy sztuka
Zanim jednak przejdziemy do meczu, musimy wspomnieć o nastrojach przed samym spotkaniem, a te były, delikatnie mówiąc, mieszane. Lech wszedł w nowy sezon bardzo źle, notując w dwóch pierwszych spotkaniach dwie zasłużone porażki. Najpierw Kolejorz uległ Legii Warszawa 1:2 w ramach Superpucharu Polski. Z kolei w zeszły piątek zainaugurowaliśmy nowy sezon Ekstraklasy, wtedy też Kolejorz podejmował u siebie przyjaciół z Krakowa, czyli Cracovię. Wynik? 1:4. Gra? Pozostawiająca szereg pytań i obaw odnośnie najbliższego meczu.
Gdy dodamy do tego plagę kontuzji, z którą zmaga się Lech (na dłuższy okres czasu wypadł Radosław Murawski, Bartłomiej Barański, Daniel Häkans oraz Patrik Wålemark) i fakt, że rywale z Islandii bez problemu poradzili sobie w rewanżowym meczu, wygrywając 5:0 z albańską Egnatią, można było odnieść wrażenie, że Duma Wielkopolski nie będzie miała łatwo.

Pokaz siły
Duński szkoleniowiec zdecydował się na kilka zmian względem ligowego spotkania z Pasami. Na ławce rezerwowych zasiadł Robert Gumny, Joel Pereira wrócił na prawą obronę, a Mateusz Skrzypczak zastąpił Alexa Douglasa na środku obrony. Ponadto na skrzydle mogliśmy oglądać Filipa Szymczaka, a na kierownicy ponownie zasiadł Afonso Sousa.
Lechici już od początku spotkania chcieli szybko przejąć inicjatywę i wybić z głowy gościom jakiekolwiek nadzieje na to, że mogą coś na Bułgarskiej ugrać. Skutkiem tego była sytuacja z 4. minuty, kiedy to Joel Pereira z rzutu rożnego doskonale dograł na głowę niepilnowanego Antonio Milicia i Lech otworzył wynik spotkania.
Następne minuty to dalsze ataki Kolejorza i szukanie okazji do strzelenia następnych bramek. Przykładem jest tutaj akcja z 22. minuty, kiedy to Leo Bengtsson świetnym zagraniem uwolnił Afonso Sousę, lecz ten nie zdolał pokonać bramkarza Breiðabliku. Natomiast to, co zaczęło się dziać chwilę później i potrwało aż do końca pierwszej połowy, zasługuje na osobny akapit…
Panie VAR, dziękujemy że jest Pan z nami
Wszystko rozpoczyna sytuacja z 26. minuty kiedy to sędzia Jasper Vergoote podyktował rzut karny wątpliwej jakości dla zespołu gości, który na bramkę zamienił Gunnlaugsson. Od tego momentu rozpoczęła się istna jazda bez trzymanki:
- 30 minuta – Mikael Ishak, wychodząc do sytuacji sam na sam z bramkarzem, zostaje faulowany przez obrońcę Breiðabliku; belgijski sędzia wyciąga żółtą kartkę
- 32 minuta – po analizie VAR sędzia zmienia decyzję i odsyła zawodnika gości do szatni
- 33 minuta – Lech wykonuje rzut wolny; Skrzypczak strzela niecelnie, ale sędzia ponownie (!) jest przywoływany przez wóz VAR
- 36 minuta – po analizie Belg dyktuje jedenastkę dla Kolejorza, którą wykorzystuje Ishak; Lech prowadzi 2:1
- 42 minuta – po świetnej akcji Bengtssona i zgraniu Michała Gurgula Joel Pereira do asysty dokłada gola
- 45+2 minuta – Filip Jagiełło nabija rękę Valgeirssona; mamy drugi rzut karny dla Lecha i drugą bramkę Mikaela Ishaka w tym spotkaniu
- 45+6 minuta – Leo Bengtsson i Antoni Kozubal po koronkowej akcji rozbijają Islandczyków do przerwy aż 5:1; strzelcem gola pierwszy z wymienionych
Jak widać – istne szaleństwo. Niestety, w tej beczce miodu musiała pojawić się łyżka dziegciu w postaci urazu Afonso Sousy, który musiał opuścić plac gry jeszcze przed końcem pierszej połowy. Niemniej jednak Kolejorz w nieco ponad 50 minut mógł być niemal pewny awansu do kolejnej rundy.
Druga połowa spokojniejsza, ale nie bez bramek
Niels Frederiksen, widząc wynik, postanowił na drugą połowę wpuścić parę świeżych zawodników w postaci Alexa Douglasa i Timothy’ego Oumy. Lech zdecydowanie zszedł z tonu. Ewidentnie zawodnicy grali na drugim lub trzecim biegu, ale jednocześnie byli skoncentrowani na tym, aby nie dopuścić Breiðablik do stworzenia sobie żadnej groźnej sytuacji. Sam Lech nadal szukał okazji do strzelenia kolejnych goli, głównie po wrzutkach lub po grze na małej przestrzeni. Przełamanie przyszło w okolicach 77. minuty. Wtedy Filip Jagiełło mocnym, mierzonym strzałem w dolny róg bramki pokonał po raz szósty bramkarza gości.
Czy to było ostatnie słowo Lecha Poznań w tym meczu? Otóż nie, bo obrońcy z Islandii nadal grali w grę o nazwie: „Ile rzutów karnych jesteśmy w stanie dać rywalom?”. W 84. minucie Lechici otrzymali trzecią tego wieczoru jedenastkę. I po raz trzeci karnego na bramkę zamienił „Papa” Ishak.
Historyczny moment
Ten wieczór Ishak zapamięta szczególnie. Trudno w to uwierzyć, ale po 5 latach spędzonych w Kolejorzu, po wspięciu się na 3 miejsce w klasyfikacji wszech czasów pod względem strzelonych goli, jest to dopiero PIERWSZY hat-trick Szweda w historii rozgrywanych dla Lecha spotkań. Do tej pory było tylko kilka dubletów, ale Ishak wreszcie mógł zabrać ze sobą pomeczową piłkę. Znamienna była także reakcja trybun, które po trzecim strzelonym karnym przez napastnika Kolejorza, tłumnie i głośno śpiewały „Ishak on fire” w rytm znanego utworu Freed from desire. Cudowna chwila dla zawodnika jak i dla całej społeczności związanej z Lechem. Ta traktuje „Króla Mikaela Ishaka” z należytym mu szacunkiem.

Parę słów uznania dla nowych zawodników
Poza Ishakiem warto docenić także dwa nowe nazwiska, które latem pojawiły się w stolicy Wielkopolski. Pierwsze to Leo Bengtsson, który już od pierwszego spotkania z Legią, pomimo krótkiego występu, pokazał całkiem niezły wachlarz umiejętności. Jednak wtorkowe spotkanie to absolutny masterclass ze strony skrzydłowego. Był przebojowy, nie bał się wchodzić w drybling, skrzętnie i efektownie mijał obrońców, ale też świetnie dogadywał się z kolegami z zespołu, kiedy akcja wymagała nieco więcej współpracy niż indywidualności. Jeśli tak mają wyglądać kolejne mecze ze strony Bengtssona, to Lech trafił w dziesiątkę z tym transferem.

Drugim graczem, o którym musimy wspomnieć, to Timothy Ouma. Co prawda Kenijczyk zaprezentował się tylko na przestrzeni drugiej połowy, zastępując na boisku Antoniego Kozubala, ale już od początku swojego występu wykazywał się ogromnym luzem w rozegraniu, spokojem podczas bycia naciskanym przez rywali, świetnym przeglądem pola. Tyle wystarczyło, aby pobudzić wyobraźnię wielu kibiców Kolejorza, którzy jednoznacznie byli pod sporym wrażeniem umiejętności pomocnika wypożyczonego ze Slavii Praga.
Sam trener Lecha na pomeczowej konferencji prasowej nie ukrywał po meczu, że był zadowolony z jego występu:
Tak, zgodzę się, że poradził sobie całkiem nieźle, kiedy wszedł na boisko w drugiej połowie. Jest silny fizycznie, ale ma także dobrą umiejetność wyprowadzania podań do przodu. Było to widoczne w niektórych sytuacjach. Jest dobrym zawodnikiem, bez dwóch zdań i z pewnością będzie wartością dodaną dla całego zespołu.

Lech Poznań może teraz spokojnie myśleć o nadchodzącym starciu na ligowych boiskach, gdzie rywalem będzie Lechia Gdańsk. To spotkanie odbędzie się na Polsat Plus Arenie już w sobotę, 26 lipca o godzinie 20:15. Zarówno Lechia i Lech chcą zdobyć pierwsze punkty w sezonie. Przypomnijmy także, że Gdańszczanie rozpoczęli ten sezon Ekstraklasy z -5 punktami w wyniku kary nałożonej przez PZPN. Z kolei rewanż z Breiðablikiem odbędzie się 30 lipca o 20:30 czasu polskiego. Tu musiałoby się wydarzyć coś kompletnie absurdalnego, żeby Lech nie znalazł się w 3. rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.
Piotr Stachura
***
Po więcej ciekawych tekstów ze świata sportu zapraszamy tutaj -> Planeta Sportu