King Crimson – Karmazynowa rewolucja – 52 lata In the Court of the Crimson King

Kocia łapa, stalowy pazur

Neurochirurg krzyczy nienasycony

U zatrutych wrót paranoi

Schizofrenik dwudziestego pierwszego wieku*

Tymi słowami, autorstwa poety Petera Sinfielda, zaczyna się In the Court of the Crimson King; debiutancki, a zarazem definiujący dla rocka progresywnego, album zespołu King Crimson. Te pierwsze kilka minut dźwięków świetnie podsumowuje to, co już zmieniło się w rocku i to, jakie zmiany jeszcze miały nadejść wraz z popularyzacją tzw. ambitnego rocka. Można rzec, że dzień, w którym słuchacze po raz pierwszy mogli udać się na tytułowy dwór karmazynowego króla, rozpoczyna nowy, dorosły, etap historii prog rocka. Ale, wyprzedzając moje zachwyty, jak właściwie doszło do powstania tego longplaya?

King Crimson
Front albumu

King Crimson – A na początku było ich trzech

Ciężko mówić o powstaniu King Crimson, bez poruszenia kwestii tria Gilles, Gilles and Fripp. Bracia Gillesowie z hrabstwa Dorset w Anglii od nastoletnich lat zarabiali na życie jako profesjonalni muzycy. W sierpniu 1967 roku postanowili utworzyć swój własny zespół, lecz potrzebowali kogoś jeszcze, kto dopełni dźwięki perkusji i gitary basowej w zespole. Na ogłoszenie o poszukiwanym śpiewającym klawiszowcu odpowiedział Robert Fripp – nieśpiewający gitarzysta. Już uformowane trio, grające mieszankę popu i psychodelii, zarejestrowało album The Cheerful Insanity of Giles, Giles and Fripp, który według relacji Frippa sprzedał się w marnej liczbie 500 sztuk.

Pomimo tego grupa przyciągała do siebie nowych muzyków: pojawił się Ian McDonald grający na instrumentach dętych i Greg Lake – śpiewający basista, który zastępując Petera Gillesa, ostatecznie przypieczętował drastyczną zmianę stylistyczną w brzmieniu zespołu. Ostatnim nowym nabytkiem nie był muzyk, lecz poeta i tekściarz, ww. Peter Sinfield. To on wymyślił nazwę King Crimson, która została z zespołem po dziś dzień. Muzyce przez swoje teksty nadał mrocznego charakteru. I tak oto, 30 listopada 1968 narodziła się pierwsza inkarnacja King Crimson, która miała przetrwać nieco ponad rok.

King Crimson
Pierwsza inkarnacja King Crimson

Po raz pierwszy…

Album otwiera wspomniane już przeze mnie 21st Century Schizoid Man. Utwór eksploduje energią, od początku do końca trzyma w napięciu, zwłaszcza słuchacza, który te pięćdziesiąt lat temu nie spodziewał się tak wielu zmian tempa i metrum, w tak krótkim czasie. Największe wrażenie robi przesterowana gitara Roberta Frippa, brzmienie saksofonu McDonalda, niczym po paru lekcjach z Ornettem Colemanem i zniekształcony głos Lake’a, który nie dość, że wybrzmiewa doniośle sam w sobie, to po obróbce brzmi jeszcze upiorniej. Opener pokazuje najlepiej fascynacje zespołu dopiero rodzącym się jazzem elektrycznym, którego ich własną interpretacją jest siedem minut ciężkiego grania i wycia saksofonu. Te elementy składają się na największy przebój grupy, jedyny ich utwór na tyle popularny, by zapisać się w swojej radiowej wersji w świadomości przeciętnego fana rocka.

Słuchając dalej usłyszymy I Talk to the Wind, pokazujące zupełnie odmienne oblicze King Crimson. Jest to śliczna ballada folkowa, przeradzająca się po czasie w jam. Tym razem słyszymy wokalny duet Lake-McDonald, gdzie Ian pełni dwie dodatkowe funkcje. Słychać go bowiem na melotronie i flecie. O taki utwór można by było prędzej posądzić wykonawców pokroju Moody Blues, czy nawet kogoś z kręgów folkowych słonecznej Kalifornii, ale nie da się odmówić zespołowi odniesienia nim sukcesu. Nie jest on przesłodzony i płynie sobie spokojnie ku końcowi, dając słuchaczowi chwilę wytchnienia po szaleństwach wcześniejszego kawałka, ale dalej będąc utrzymanym w konwencji mrocznej wizyty u karmazynowego władcy.

Pierwszą stronę płyty kończy epickie Epitaph, utwór ze zdecydowanie największym naciskiem położonym na gitarę akustyczną i melotron. Brzmi jak podsumowanie i połączenie dwóch poprzednich utworów w zgrabną całość, co dopełnia tekst Sinfielda. Nie sposób oddać piękna jakie w nim zawarł, opisując owo epitafium człowieka, rozmyślającego o swojej egzystencji. 

King Crimson
Crimson King – postać z wnętrza okładki

Po raz drugi…

Moonchild to chyba jedyny utwór na płycie, któremu można coś zarzucić. Pierwsza jego cześć nazwana The Dream, brzmi podobnie do I Talk to the Wind, lecz brakuje jej dęciaków. To samo w sobie nie jest problemem, a jest nim The Illusion – pozostałe około dziesięć minut songu. Tą sekcję trudno nazwać nawet improwizacją, gdyż w większości brzmi, jak gdyby zespół postanowił po zagraniu właściwej piosenki rozgrzać się dodatkowo przed koncertem. W najlepszych momentach tej sekcji brzmi to znośnie, ale fakt, że słuchamy jej przez dziesięć minut psuje odbiór baśniowego The Dream, które byłoby w stanie obronić się same, gdyby utwór skrócono do trzech minut. Na pewno wyszłoby to na plus, jeżeli chodzi o całościowy odbiór albumu.

Ostatna piosenka na płycie, The Court of the Crimson King, opiera się na motywie zapętlonych cichych zwrotek i głośnego refrenu, przełamanych na koniec improwizacją. W dużej mierze słucha się tego podobnie do Epitaph, ale to właśnie dźwięczny refren, który ma się ochotę wykrzyczeć razem z zespołem, odróżnia ten kawałek od wcześniejszego. Świetnie wieńczy całą płytę i zdecydowanie poprawia odbiór jej drugiej strony. Co do samego wydania to nie sposób zapomnieć o ikonicznej okładce autorstwa Barry’ego Godbera, przedstawiającą czerwoną, przerażoną twarz tzw. Schizoid Mana. Wizerunek ten, jakże dobrze oddający charakter zawartości, stał się na tyle znany, że zdecydowanie zapisał się jako jedna z najbardziej rozpoznawalnych okładek w historii prog rocka. 

King Crimson
Materiał promujący płytę

Po raz ostatni…

10 października 1969 roku, w momencie wyjścia In the Court of the Crimson King chyba nikt z wytwórni ani zespołu nie spodziewał się, że już niedługo debiut ten wespnie się na piąte miejsce UK Albums Chart i na dwudzieste ósme miejsce Billboard 200. Pomocny jeszcze przed premierą okazał się Pete Townsend z The Who, który w broszurze promującej zespół wychwalał to co miał okazję usłyszeć na próbnym pressingu płyty. To prawdopodobnie ten szybki i niespodziewany sukces doprowadził do wzrostu napięć w zespole i jego rychłego de facto rozwiązania. McDonald i Giles chcieli pójść bardziej w stronę romantycznych ballad, Fripp stawał się coraz bardziej apodyktyczny, a Lake już za niedługo miał dostać propozycję współpracy od Keith Emersona z The Nice.

Miesiąc po wydaniu płyty, 16 grudnia, pierwsza inkarnacja King Crimson zagrała po raz ostatni. Nie był to koniec zespołu, który gra po dziś dzień, ale zdecydowanie koniec ich najpopularniejszego wcielenia. Album sam w sobie, choć nie jest najlepszym przedstawicielem swojego gatunku, miał niewątpliwy wpływ na popularność progresywnych brzmień w latach następnych. Dał przykład, jak rozbudowana i bezkompromisowa może być płyta z muzyką popularną i jak niewiele czasu potrzeba zespołowi, by stworzyć prawdziwie niezapomniany album.

*Tłumaczenie autorstwa Tomasza Beksińskiego