The Lumineers – Brightside (recenzja)

Założyciele The Lumineers Wesley Schultz i Jeremiah Fraites grają razem już od 2005 roku. W poszerzonym składzie można ich jednak usłyszeć dopiero od dziesięciu lat. Najnowszy projekt – Brightside to już czwarty studyjny album w karierze zespołu. Czy tym razem również udało im się rozkochać w sobie fanów folkowego brzmienia?

Okładka albumu The Lumineers -  Brightside
The Lumineers – Brightside

Album w dwie sesje

Nie zawsze na stworzenie dobrego albumu potrzebne są lata. Nagranie materiału potrzebnego do Brightside zajęło zaledwie dwie sesje nagraniowe w Baron’s Sun Mountain Studios. Za produkcję i dźwięk odpowiadali David Baron i Simone Felice, którzy współpracował z zespołem przy ich wcześniejszych albumach – Cleopatra czy III.

Schultz i Fraites, jako liderzy zespołu wykonali większą część wokalno-instrumentalnej pracy. Na Brightside można też jednak usłyszeć zdolności muzyczne jego producentów. Singiel promujący album pod tym samym tytułem udało się nagrać w zaledwie jeden dzień.

The Lumineers – Brightside

The Lumineers tacy jak zawsze, a jednak inni

O zdolnościach pisarskich frontmanów mógł się przekonać już każdy słuchający ich wcześniejszych wydawnictw. Historie, które opowiadają czerpią przede wszystkim z własnych doświadczeń, częściej tych złych niż dobrych. Schultz, który odpowiada za większą część tekstów, bazując na dotychczasowych inspiracjach, stworzył dla siebie zupełnie nową formę. Każdy utwór funkcjonuje, jako część całości, ale jednocześnie coś odrębnego. W ten sposób udało się napisać i skomponować 30-minutowy materiał składający się z 9 utworów.

Dodatkowo twórczość The Lumineers niejednokrotnie łączy warstwę muzyczną z warstwą wizualną prezentowaną w teledyskach. Najlepszych tego przykładem jest właśnie utwór Brightside, pod tym samym tytułem co album.

To wielowymiarowe spojrzenie na to, czym jest miłość i jak wygląda w różnych sferach socjoekonomicznych. […]

W Hollywood masz tylko jedną wersję romansu czy związku. My chcieliśmy pokazać różnorodność, którą można spotkać w różnych miejscach świata.

Jeremiah Fraites o utworze Brightside
The Lumineers – A.M. Radio

BRIGHTSIDE

The Lumineers z każdym swoim projektem zabierają słuchaczy w indie folkową podróż. Tym razem, mniej konceptualną, ale wciąż bardzo nastrojową i swobodną. To właśnie swoboda i różnorodność stają się tu motywem przewodnim, pokazując muzyków w nowej odsłonie. Na Brightside nie brakuje jednak szczerości i charakterystycznego akustycznego, momentami surowego brzmienia, z którego słyną.

Jako pierwsze dwa single można było usłyszeć wspomniany już wcześniej tytułowy utwór czy gitarowe A.M. Radio z pianiem w refrenie.

Where We Are, który znalazł się na trackliście jako trzeci, nawiązuje do wypadku Schultza i jego żony. Jak wspomina, ich auto przewróciło się w trakcie śnieżycy, a pierwsze, co pamięta później to ludzie płaczący wokół nich, myśląc, że nie udało im się przeżyć.

The Lumineers – Where We Are

Wygląda na to, że nawet w najtrudniejszych czasach, wciąż są ludzie, którzy są dla siebie życzliwi, dzieci wciąż się rodzą, ciągle są ludzie, mówiący sobie wszystkiego najlepszego.

Wesley Schultz o utworze Birthday

Kolejne, Big Shot, zostało zadedykowane podróży wszystkich członków zespołu, która powiodła ich tam, gdzie są aktualnie w życiu. Z kolei Never Really Mine nazwane zostało Rock’n’drollową wersją The Lumineers.

Rollercoaster przynosi zupełnie inne, klawiszowe brzmienia, które w pewnym stopniu zgrabnie splatają się i przechodzą w Remington. Podobną formę zachowuje też ostatnie Reprise, jednak w tym wypadku klawisze są głośniejsze i bardziej dramatyczne. Przesłuchując cały album, bez problemu można w nim usłyszeć elementy z Brightside czy A.M. Radio.

Miłośnicy folkowego brzmienia zakochają się w nim na nowo, a osoby, które słyszą je po raz pierwszy otrzymują piękne, akustyczne powitanie. The Lumineers poruszają najczulsze struny i prezentują swoją twórczość w najlepszym wydaniu.