Jak otwierać płyty, to z przytupem. Redakcja Magazynu Muzycznego pisze o swoich ulubionych utworach, które słyszycie w pierwszych chwilach po kliknięciu Play. Sprawdźcie, co to za otwarcia i czemu są takie wyjątkowe.
Lenny Valentino – Zniszczyłaś to czy zniszczyłem to ja? otwiera Uwaga! Jedzie tramwaj
W życiu czasem jest tak, że zadajemy pytania tylko po to, aby je zadać. Nie szukamy rozwiązań, ukojenia, czy odpowiedzi, po prostu rzucamy je w przestrzeń i pozwalamy sobie o nich myśleć. Zniszczyłaś to czy zniszczyłem to ja?, to przykład pytania zadanego właśnie w ten sposób, a cały krążek Uwaga! Jedzie tramwaj jest dla mnie obrazem tego, jak orbitują intruzywne myśli po przypomnieniu sobie o tej jednej, konkretnej osobie czy sytuacji.
Dlaczego moim zdaniem jest jednym z utworów najlepiej rozpoczynających album? Brzmi dla mnie jak automatycznie rozsuwające się drzwi, które wprowadzają do przedsionka ogromnego i wyjątkowo zdobionego pałacu myśli. Samo wejście oraz korytarz, do którego prowadzi, są bardzo proste i skromnie wykonane, jednak zapuszczając się w dalsze zakątki budynku, odnajdujesz coraz to piękniejsze pomieszczenia. Z drugiej strony, brzmi również jak podróż byle jakim pociągiem w nieznane. Na samym początku kojarzysz stacje na obrzeżach twojego rodzinnego miasta, jednak im dłużej jedziesz, tym bardziej się zamyślasz i finalnie lądujesz w miejscu, o którym zapomniał pewnie i sam Bóg.
Pociąg jedzie powoli, tak samo jak i utwór, który jest wyjątkowo rozmarzony, płynący. Cały album jest trochę jak stara lokomotywa, która jeszcze tak do końca nie zdecydowała czy ma w ogóle siły dalej jeździć. Jednak kiedy w końcu się namyśli, nabiera tempa i pozwala pasażerom, czyli słuchaczom oglądać naprawdę niezapomniane widoki.
Michalina Dobaczewska
Taco Hemingway – Szlugi i Kalafiory otwiera Trójkąt Warszawski
„Wieczorna Warszawa. Taką właśnie lubimy ją oglądać […] ale przypatrzcie się uważnie. Tu załatwia się także inne sprawy”. Idziemy wspólnie ze sfrustrowanym podmiotem lirycznym i wchodzimy w jego świat. Opowiada swoją historię nam, słuchaczom, bo nie ma komu innemu. „W mieście betonu” wysłuchujemy opowieści o współczesnym trójkącie miłosnym, w którym nie ma romantyzmu i uczuciowych wyznań. Są shot-bary, smród warszawskich ulic, zazdrość, astma, szybkie stosunki i żałośnie złamane serca. Szlugi i Kalafiory stanowią przedsłowie akcji, przedstawienie postaci i wprowadzenie odbiorcy w ich świat. To odsłonięcie kurtyny na scenie, na której główny bohater odgrywa swój trójkątny dramat – jego Warszawy.
Trójkąt warszawski to 29 minut, które rozpoczynają coś nowego w polskim hip-hopie. Oprócz zachwytu krytyków i ogromnego wieloletniego sukcesu komercyjnego, Taco zyskuje status kogoś na kształt wieszcza, który w swoich popisach lirycznych nie przebiera w słowach. W jednym albumie konceptualnym zawiera wszystkie brudy miasta i jego mieszkańców. Nadaje trajektorię swojej karierze oraz zajmuje miejsce w rapowym światku jako obserwator i komentator wielkomiejskiego życia. A to wszystko otwiera wersem „to miasto pachnie jak szlugi i kalafiory”. Perfekcyjny pierwszy utwór na świetnym polskojęzycznym debiucie. Swoją drogą, wers nadal całkiem aktualny.
Aga Tułacz
The Cure – One Hundred Years otwiera Pornography
„It doesn’t matter if we all die“– tymi słowami Robert Smith rozpoczyna utwór One Hundred Years, który otwiera album Pornography, zapowiadając przeżycie pełne smutku i grozy, ale też uniesień, poczucia wyrzucenia z siebie pustki. Kawałek ten jest wizytówką, która kryje w sobie całą duszę albumu. Niesie ładunek emocjonalny, tekstury przenikających się gitar, łamiącego serce wokalu Smitha i rezonujących bębnów – słowem całą esencję.
Pornography było czwartym krążkiem zespołu i jednocześnie zwieńczeniem najmroczniejszej jego ery, niejako domykając trylogię zapoczątkowaną albumem Seventeen Seconds, który wyprowadził The Cure z pop punkowych klimatów. Muzycy na rosnącej fali szorstkiej energii post-punku i dream popowych brzmień stworzyli albumy Faith, i właśnie Pornography. Ten ostatni był komponowany w okresie powolnego rozpadu grupy, ciągłych kłótni, nadużywania narkotyków i depresji wyniszczającej Roberta Smitha. Płyta została ciepło (o ile takim słowem można ją opisać) przyjęta przez słuchaczy i stała się legendarnym kamieniem milowym muzyki gotyckiej.
Właściwie był to jeden z pierwszych utworów The Cure, jaki usłyszałem (nie licząc hitów pokroju Friday I’m In Love) i od razu jego energia przyciągnęła mnie do siebie, skłaniając do zapoznania się z całością materiału. Pomimo że na płycie znajdują się również piekielnie dobre The Figurehead, Cold czy zamykające całość przeżycia, tytułowe Pornography, to właśnie intro nagrania wywiera największe wrażenie. Stanowiąc o monumentalności projektu, który „feels like a hundred years”, bo nawet po tych stu latach będzie pochłaniał i zaskakiwał na nowo.
Dawid Szlasa
Maanam – For Your Love otwiera Sie ściemnia
Jednym z najlepszych zabiegów, które budują napięcie u odbiorcy, jest stopniowe powiększanie, pogłaśnianie czy pojaśnianie. Tyczy się to zarówno obrazów, jak i dźwięków. Gdy z przytłumionego i niewyraźnego stanu wszystko powoli staje się klarowniejsze. Tak się dzieje w przypadku niedocenionej płyty Maanamu Sie ściemnia. Album powstał w okresie, gdzie nieoficjalnie formacja była już rozwiązana, jednakże muzycy w dalszym ciągu zobligowani byli kontraktami. Krążek odzwierciedla zatem panujący wówczas stan muzyków.
Zwłaszcza słychać to w dramatycznym głosie Kory. For Your Love, czyli numer, który otwiera album, nabiera lekko słuchacza. Maanam bowiem zaczerpnął dość pogodną linię melodyczną z twórczości zespołu The Yardbirds. Początek jest budujący. Słyszymy, jak etapowo melodia staje się głośniejsza, gdy nagle słyszymy dźwięk, który można przyrównać do rozbłyśnięcia. Czujemy się jak w kosmicznym transie, w którym po chwili dochodzi mocne uderzenie perkusji i gitary, które zmieniają scenerię w… rodeo? Mocny tętent, który z halucynacji wprowadza nas w pościg. Do wyścigu dołącza skandująca słowa Kora, która wykrzykuje: „Miłość, przemoc, miłość, miłość, żądza, władza, zdrada i gwałt, miłość, strach, miłość, poniżenie, krzyk rozpaczy i milczenie”. Te proste słowa nie potrzebują być podparte żadnymi dodatkowymi przymiotnikami, by opisać, o czym jest Sie ściemnia. W For Your Love skrywa się tajemnica, enigmatyczność, niewiadoma. Niewiadoma tego, na co słuchacz może liczyć, gdzie jak na talerzu ma podane surowe słowa obdarte z ozdobników, które oddają klimat i tematykę, na jaką postawili muzycy.
Klaudia Frąckowiak
Death Grips – Beware otwiera Exmilitary
Nagranie całej płyty to wielki wyczyn. Nagranie świetnego utworu otwierającego wymaga wyjątkowego talentu. Natomiast wypuszczenie kawałka, który nie tylko genialnie otworzy wasz debiut, ale i będzie modus operandi dla całej, owocnej kariery muzycznej – to mogą tylko najlepsi. Death Grips są najlepsi i Beware z ich Exmilitary jest tego najżywszym dowodem.
Wprowadza do szaleństwa nie kto inny jak Charles Manson; jego maniakalny monolog o pieniądzach i kręgach władzy (przy brzdąknięciach gitary) brzmi jednocześnie bezsensownie i złowieszczo. Manson jest przekonany o swojej wyższości nad innymi i kiedy z jego ust pada „I roll the nickels, the game is mine, I deal the cards” wszystko wybucha. Ride inkantujący słowo „beware”, intensywne uderzenia stopy i werbla, psychodeliczne gitary wydzierają się w niebogłosy – całość brzmi jak największy koszmar, apokalipsa i narkotykowy trip jednocześnie. Beware nie zwalnia z instrumentalnego haju do samego końca, co daje miejsce Ride’owi. Tekst przywołuje piekielne bestie, jeźdźców apokalipsy, owady, wiedźmy – wszystko, co obrzydliwe i mroczne. Stefan Burnett krzyczy „I am the beast I worship”, „Dismiss this life, worship death”, „To pray is to accept defeat”. Słuchanie tej piosenki jest niczym otwarcie prastarej okultystycznej księgi. Nie słuchałam bardziej miażdżącego otwierającego utworu i choć fascynacja szatana opuściła Death Grips, to zdolność miażdżenia, jak i nieprzenikniony mrok zostały, a słowa Mansona zostały kluczem do rozszyfrowania niezwykle abstrakcyjnych tekstów zespołu przez następną dekadę.
Ania Gil
Queen – Innuendo otwiera Innuendo
Miano najlepszego utworu otwierającego album wędruje do… Innuendo. Jednakże czyż taka śmiała próba wyróżnienia tego najbardziej wyjątkowego dzieła nie jest wyrazem próżności z mojej strony? No ba!
Werble i wielkie odliczanie Mercury’ego. Już pierwsze sekundy sygnalizują podniosłość, a w słuchaczu rodzi się niepewność co do przewidywalności utworu. Odsłonięcie kurtyny. Doskonale ten moment obrazuje teledysk, którego oryginalność nie bez kozery została doceniona przez prestiżową nagrodę – Monitor Award for Best Achievement in Music Video. Innuendo to ponad sześciominutowy różnorodny stylistycznie spektakl, czemu dowodzi, choćby występujący w środku kompozycji, gitarowy duet w stylu flamenco. Kto by się jednak spodziewał, że jest on owocem nietypowego spotkania w studiu Briana Maya z muzykiem grupy Yes? Przypadki zdecydowanie upodobały sobie ten utwór, nawet przez wzgląd na jego narodziny z pozornie zwyczajnej jam session. Innuendo to wzniesienie zespołu na wyżyny artyzmu niczym z czasów A Night At The Opera. Uwagę również przykuwa obecność chórków, które niosą ponadczasowe przesłanie, by na dobre zrzec się swego ego i osiągnąć wolność w poszukiwaniu prawdziwego siebie. Warto też wspomnieć o wybrzmiewającej w ostatnich minutach heavy metalowej części gitarowo-perkusyjnej, kontrastującej z nastrojowością piosenki.
Z poczuciem żalu stwierdzam, że tak wybitne dzieło doczekało się jednego niedoskonałego wykonania na żywo, niestety na koncercie upamiętniającym frontmana Queen.
Olga Mucha
Queens of the Stone Age – You Think I Ain’t Worth a Dollar, But I Feel Like A Millionaire otwiera Songs for the Deaf
Mieliście kiedyś tak, że podczas długiej podróży samochodem, skacząc nerwowo między stacjami radiowymi, macie wrażenie, że wszędzie leci to samo? Rozumiem wasz ból. Ale… w końcu coś zaczyna się dziać, głos z radia urywa się, a zamiast kolejnego cukierkowego hitu, z głośników nagle wybrzmiewa skowyt, huk, eksplozja dźwięków. Tak właśnie zaczyna się Songs for the Deaf od Queens of the Stone Age, a utwór You Think I Ain’t Worth a Dollar, But I Feel Like a Millionaire wprowadza nas w ten świat z impetem. Zapnijcie pasy, ponieważ zapraszam Was w psychodeliczną podróż.
„K-L-O-N Los Angeles, KLON Radio. We play the songs that sound more like everyone else than anyone else.” To zdanie odgrywa podwójną rolę – otwiera pierwszy utwór i jednocześnie sygnalizuje główną myśl przewodnią płyty. Songs for the Deaf to płyta, która opowiada o fikcyjnej podróży samochodem przez pustynie Kalifornii – z Los Angeles aż na granicę z Meksykiem. Przełączanie tychże stacji ma symbolizować coś więcej niż tylko zwykłą jazdę autem z ręką na pokrętle radia. QOTSA pokazuje, jak łatwo wpaść w pułapkę powtarzalności i informacyjnego hałasu, który nie wnosi nic wartościowego. Każda stacja radiowa, mimo zmieniających się głosów i reklam, serwuje podobny, przewidywalny przekaz. To obraz współczesnej kultury masowej, w której człowiek jest bombardowany bodźcami, ale pozostaje otępiały, znudzony i nieusatysfakcjonowany. Sama w sobie wspomniana wcześniej koncepcja staje się więc metaforą większego problemu: życia w świecie, gdzie wszyscy nadają na tych samych falach, ale nikt nie mówi nic prawdziwego.
Oliver Jakubowicz
Chief Keef – Love Sosa otwiera Finally Rich
„Bangerowość”? Check. Ikoniczność? Check. Doskonałe wprowadzenie w klimat? Check. Chief Keef i jego Love Sosa, proszę państwa. Zdecydowanie jedno z najbardziej legendarnych otwarć albumu w historii hip-hopu. Chyba każdy słuchacz rapu natychmiastowo rozpoznaje ten numer po samym intro, wciągającym w bezkompromisowy świat chicagowskiego drillu. Świata, w którym przetrwanie to najdroższa waluta, przemoc napotyka się na każdym kroku, a najważniejszą i najbardziej cenioną wartością jest lojalność.
Young Chop budujący napięcie subtelnymi hi-hitami, melodyjną linią syntezatora i brutalnym basem, i wreszcie Sosa wjeżdżający na bit z charakterystycznym, auto-tune’owym, jednocześnie melodyjnym i surowym wokalem. Majstersztyk, tak po prostu. Leniwe, niby niedbałe flow, w którym tkwi ogromna siła – autentyczność. Refren poszedł w tak kosmiczny viral i obrósł takim kultem, że na koncertach właściwie nie ma potrzeby, żeby Chief Keef cokolwiek nawijał, bo wszyscy robią to za niego.
Love Sosa nie otwiera „tylko” Finally Rich. To zapowiedź i jednocześnie definicja nowej ery w hip-hopie. Prawie trzynaście lat temu Almighty So i drill oficjalnie wdarli się do mainstreamu, zmieniając brzmienie rapu na lata. Ten track, wraz z I Don’t Like i Hate Bein’ Sober sprawiły, że raczkujący wówczas w Chicago nurt, zaczął być dostrzegany na hip-hopowej mapie jako nowa, mała fala, z której z czasem wyrosło ogromne tsunami zalewające inspiracjami muzyków zarówno ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, czy nawet Polski. Do dziś zresztą w twórczości młodszych kolegów po fachu słychać, że wychowali się na muzyce Sosy. Chief Keef swoim Finally Rich na dobrą sprawę wyhodował i wychował całe pokolenie. A gdyby tego wszystkiego było mało, wydając Love Sosa miał zaledwie 17 (sic!) lat.
Miłosz Kaśnicki
Falling In Reverse – Prequel otwiera Popular Monster
Falling In Reverse to amerykańska grupa, która w 2011 roku wstrząsnęła światem muzyki metalcore’owej. Po 8 latach obracania się wokół, bardzo charakterystycznych dla tego okresu, brzmień post-hardcore’u i pop-punku, nadszedł czas na zmiany. Ewolucja Falling In Reverse została podsumowana niezwykle dopracowanym krążkiem Popular Monster, wydanym w sierpniu ubiegłego roku. Zaawansowana produkcja połączona z pomysłową fuzją trapu, metalcore’u i deathcore’u, rzuca nowe światło na to, jak może brzmieć album metalowy w dzisiejszych czasach.
Otwierający wydawnictwo Prequel stanowi idealne wprowadzenie i zapowiedź tego, co czeka nas przez najbliższe 38 minut. Rozpoczynające utwór niskie dźwięki kontrabasu budują atmosferę niepokoju, ale też patosu, który rośnie wraz z pojawianiem się kolejnych elementów kompozycji. Po czterech taktach, w towarzystwie skrzypiec, pojawia się wokal Ronniego Radke, który w ciągu zaledwie 4 minut daje prawdziwy popis swoich rapowych (i nie tylko) umiejętności. Nie jest to jednak rap typowo współczesny – pierwsze skojarzenia wędrują w stronę takich twórców jak np. NF. Mrocznej aurze towarzyszy niemniej przejmujący tekst, który jest swego rodzaju refleksją nad życiem wokalisty. Przyznaje się w nim do popełnionych w przeszłości błędów i tłumaczy jak wpłynęły na jego osobę. Refleksja nad sobą płynnie przechodzi w refleksję nad otaczającym nas światem, czemu towarzyszy stopniowe narastanie napięcia w postaci pojawienia się chóru i perkusji.
Wszystko kulminuje się w momencie, kiedy Radke wyśpiewuje wers „When everything falls apart”, a utwór przechodzi w przejmujące brzmienia metalcore’u. To właśnie wtedy błyszczą czyste wokale frontmana, którym wtóruje chór, a całości dopełniają monumentalne bębny i gitary. W kontekście całego albumu Prequel stanowi idealne wprowadzenie, zarówno do tematów poruszanych w tekstach, jak i do charakterystyki brzmieniowej tego wydawnictwa.
Adam Zawadzki
Depeche Mode – Never Let Me Down Again otwiera Music for the Masses
Pojęcie najlepszego „openera” albumu można rozumieć na dwa sposoby – najlepszy utwór, z numerem jeden na trackliście lub najlepiej spełniający swoją funkcję wprowadzenia w płytę. Może się to oczywiście łączyć. Przykłady są liczne – Black Sabbath, uderzające wyjątkowym mrokiem i ciężarem, Good Times Bad Times Led Zeppelin – służące muzykom jako rodzaj przedstawienia się, czy Scavenger of Human Sorrow Death – którym Chuck Schuldiner zaprasza nas do swojego najbardziej złożonego dzieła. Depeche Mode mają w swojej dyskografii wiele znakomitych openerów, z których szczególnie wyróżniłem Never Let Me Down Again, z albumu Music for the Masses.
To jeden z najbardziej znanych i najlepszych utworów brytyjskiego zespołu. Doskonała melodia, fantastyczna faktura, w której poszczególne instrumenty przenikają się, tworzą zwartą muzyczną tkankę. Ujmująca zwiewność refrenu i nienachalnie podniosła orkiestracja wraz z wokalną synergią Dave’a Gahana i Martina Gore’a składają się na emocjonalną kulminację. Nagranie uderza słuchacza i rozbudza apetyt na więcej. Następne utwory świetnie podejmują temat – po bogatym brzmieniowo i intensywnym emocjonalnie openerze, otrzymujemy wyciszone The Things You Said, a następnie taneczne Strangelove. Muzycy zaczynają więc mocno, ale zamiast przesadnie potęgować intensywność, dostarczają kompozycję świetną, lecz stonowaną, z czego wyrywa nas później kolejny pamiętny przebój. Music for the Masses było dla Depeche Mode ważną płytą – stopniowy rozwój grupy, prowadzący do coraz większej artystycznej dojrzałości zaowocował bardzo dobrym Black Celebration. Jego następca musiał udowodnić, że tamten album był zaledwie początkiem nowego etapu, a nie jego szczytowym momentem – po Never Let Me Down Again trudno mieć wątpliwości czy Depesze podołali temu zadaniu.
Aleksander Gręda
Więcej artykułów zbiorowych przeczytacie na podstronie Magazynu Muzycznego o tutaj!