Wstrząsająca historia, pełna tragedii i obsesji ludzkiej to kwintesencja nowego filmu Fabrice Du Welz’a „Operacja Maldoror”. Oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść potrafi wywołać niedowierzanie i przerażenie u wielu widzów. Problem występuje jednak z formą. Film promowany, jako następca „Siedem” nie jest, choć blisko tego klasyku.
„Operacja Maldoror” opowiada historię o porwaniu dwóch dziewczynek. Przez konflikt pomiędzy organami władzy, śledztwo stoi w miejscu. W tej rzeczywistości odnajduje się ambitny policjant Paul Chartier, który przyjmuje propozycję szefa żandarmerii do dołączenia do specjalnej jednostki, pod nazwą Operacja Maldoror. Próbując odnaleźć zaginione, główny bohater musi się zmierzyć z bezsilnością i ograniczeniami prawnymi.
Historia jest inspirowana wydarzeniami z lat 90. w Belgii oraz postacią gwałciciela i mordercy Marca Dutroux. Fabrice Du Welz zastosował oczywiście mnóstwo wątków fikcyjnych, opowiadając własną historię. Dzięki temu obnaża w zupełności problemy systemu sprawiedliwości, ówczesnej Belgii

Wyniszczony bohater
Ogromnym plusem filmu jest ukazany aspekt psychologiczny. „Operacja Maldoror” skupia się na sylwetce głównego bohatera, rzadziej pokazując przeciwną stronę. Konfrontuje ze sobą dwa światy: jeden bardzo zepsuty, czyli organy policji oraz drugi pełen kolorytu i szczęścia, widoczny w życiu Paula Chartiera. W ramach rozwoju akcji widz dostrzega, jak bardzo śledztwo i ogromna niesprawiedliwość go pożera. A wszystko dzięki coraz mroczniejszym kadrom oraz bardzo dobrej i wybuchowej grze aktorskiej Anthony’ego Bajona. Doskonale oddał bezsilność bohatera, jego walkę przeciwko systemowi. Postać dobitnie pokazuje, jak cienka jest granica między determinacją, a obsesją.
Można by się przyczepić, że tego typu rola jest dość schematyczna – jeden bohater, przeciwko wszystkim. Burzy to trochę wizję surowej, brudnej i przede wszystkim realistycznej Belgii, gdzie nie ma miejsca na bohaterów. Mimo wszystko wykreowanie takiej postaci zdecydowanie służy akcji. Zestawia jednostkę z tym okropnym światem, dzięki czemu widz może w pełni go poznać.
Maldoror, czyli gatunkowa porażka
„Operacja Maldoror” w wielu aspektach nie wykorzystała, potencjału drzemiącego w tej ciekawej historii. Największym problemem filmu jest brak rzeczy elementarnej dla gatunku thrillera połączonego z kryminałem, czyli tajemnicy. Widz praktycznie na samym początku dowiaduje się o rozwiązaniu głównej zagadki. Kolejne elementy są mało zaskakujące i porywające. Dzieło, zamiast stawiać widzowi pytania, bardzo szybko podsyła odpowiedzi. Wszystko to sprawia, że film w wielu momentach jest zwyczajnie nudny.
By zbudować napięcie, reżyser wielokrotnie wrzuca krótkie ujęcia, którym często towarzyszy muzyka. Pokazują one złą, przeciwną stronę, przeplatając historie z życia głównego bohatera. Jest to jednak bardzo szybko schematyczne i przewidywalne, przez identyczny styl ukazywania każdej sceny związanej z mroczną stroną. Takie przeplatanie wprowadza również chaos, w którym trudno momentami się połapać. Z jednej strony film przedstawia perspektywę Paula Chartiera, z drugiej wyraźnie pokazuje, co bohater ma do odkrycia. Widz nie jest już towarzyszem detektywa, a postronnym obserwatorem, który większość rzeczy wie.
Spieszyć się, czy zwolnić?
Tempo w filmie jest wyraźnie zaburzone. Fabrice Du Welz z pewnością nie chce spieszyć się z akcją. Wiele ujęć, które odnosi się do życia głównego bohatera, jest przedłużonych. Ma to oczywiście zbudować jego portret psychologiczny. Film nie jest jednak konsekwentny. Na przestrzeni jednej sekwencji reżyser dąży zarówno do zwolnienia, jak i przyspieszenia akcji. Brakuje tu zwykłego wciągnięcia widza w historię. Nie ma czasu na dłuższe zastanowienie się, czy refleksje. W założeniu „Operacja Maldoror” ma trzymać „na krawędzi fotela” już od początku. W rzeczywistości jest kompletnie odwrotnie. Przebodźcowanie prowadzi, do wspomnianej przeze mnie wcześniej, nudy. A film trwa grubo ponad 2 godziny.

Daleko od ideału
W ostatnich latach brakuje dobrych thrillerów policyjnych. Porównywanie filmu „Operacja Maldoror” z „Siedem” tylko to potwierdza. To tak jakby porównywać amerykańskie „The Office” z wersją polską. Dzieło Fabrice du Welz’a z pewnością skłania do refleksji na temat porządku w świecie i braku sprawiedliwości. Nie trzyma jednak w napięciu, nie tworzy układanki, którą widz razem z głównym bohaterem kompletuje. Film jest do obejrzenia, by trochę uświadomić sobie pewne aspekty historii Belgii, ale nie ma zapowiadanych fajerwerków.
Autor: Jan Grzelaczyk
Po więcej ciekawych tekstów ze świata kultury zapraszamy tutaj – meteor.amu.edu.pl/programy/kultura