Na granicy życia i śmierci, czyli „Niech żywi grzebią umarłych”

Taniec, ruch, muzyka i… temat śmierci. Mający swoją premierę w 2017 r. spektakl Niech żywi grzebią umarłych, powrócił na deski Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu. 

fot. Angelika Sarna

6 i 7 listopada miłośnicy tańca mieli okazję pochylić się dłużej nad tematem przemijania. Po czterech latach aktorzy PTT znów ubrali się w czarno-białe stroje i zabrali widzów w bolesną podróż wzdłuż granicy życia i śmierci. 

Reżyserzy spektaklu – Aleksandra Dziurosz i Tomasz Szczepanek, czerpiąc inspirację z romantyzmu, stworzyli widowisko pełne emocji. Wystarczyło światło, muzyka, czarno-białe stroje i taniec. Zero dialogów i rozbudowanej scenografii. W przeciągu zaledwie 50 minut widz styka się z życiem i śmiercią. Tematem, o którym wolimy milczeć. 

Jak mówi tancerka Polskiego Teatru Tańca – Paulina Jaksim:

Ten temat (red. śmierci) nigdy nie jest łatwy i nie ma łatwego sposobu, żeby go przedstawić. Taniec jest jedną z form.

Śmierć włączona w bieg wydarzeń

Epidemia koronawirusa jeszcze dosadniej pokazała, że w przypadku śmierci jesteśmy bezbronni. Jednego dnia możemy cieszyć się życiem, drugiego już go nie mieć. W internecie bez trudu znajdziemy statystyki dotyczące zgonów. Dane aktualizowane na bieżąco, co sekundę wyświetlają inną liczbę. 

fot. Angelika Sarna

Wisława Szymborska pisała o śmierci, że: Cięż­ko nam uznać, że to fakt ba­nal­ny, włą­czo­ny w bieg wy­da­rzeń, zgod­ny z pro­ce­du­rą. Prawdą jest, że w czasie, kiedy jedni się bawią, drudzy giną. Przez dwa lata epidemii wydaje się, że już przyzwyczailiśmy się do odchodzenia. Niczym Pan Cogito czytający gazetę, nie robią na nas wrażenia najnowsze, zatrważające statystyki. Kiedy jest daleko, nie boimy się jej, kiedy zabiera bliskich, przeżywamy. 

Właśnie o tym, o zderzeniu życia i śmierci traktował oszczędny w środkach, ale bogaty w emocje spektakl Niech żywi grzebią umarłych

Taniec emocji

Czas, w którym wystawiono spektakl, sprawił, że jeszcze dosadniej można było zrozumieć przedstawianą przez aktorów historię. Każdy człowiek jest inny, każdy na swój sposób przeżywa stratę. Również, a nawet przede wszystkim, na ten aspekt zwrócili uwagę twórcy sztuki. 

Kiedy na scenie ginie postać, widzimy szeroki przekrój emocji. Jedna z bohaterek zamyka się w sobie, druga chce być jak najbliżej zmarłego, kolejna popada w rozpacz. Bez słów, bez wypowiedzenia ani jednego zdania, aktorzy przekazują trudną, ale wzruszającą historię.  

fot. Angelika Sarna

Z całą pewnością na uwagę zasługuje także muzyka, która wprowadza widza w poszczególne etapy życia i oddala od niego. Zmiana rytmu, nastroju, a nawet cisza, pozwalają wejść jeszcze głębiej. Jeszcze bardziej odczuwać kotłujące się w postaciach emocje. 

Niemniej ważne w teatrze są kostiumy. Choć te musiały być lekkie i sprawiać, że tancerz czuje się w nich komfortowo, dodatkowo stały się ważnym elementem sztuki. Iga Kowalczuk odpowiedzialna za choreografię i strój, postanowiła zadziałać na zasadzie kontrastu. Zestawiła kojarzącą się w polskiej kulturze ze śmiercią czerń i symbolizującą czystość i niewinność biel. 

Obsadzie wystarczyło tylko 50 minut, aby przejść przez najtrudniejsze etapy ludzkiego życia. 50 minut, by wzruszyć. 50 minut, by sprawić, że zatrzymamy się nad tym tematem na dłużej. 

Reportaż – Julia Kalka