„The Prom” – opowieść o równości i akceptacji

 Powoli zbliżamy się do drugiego miesiąca nowego roku. Dla maturzystów luty może  kojarzyć się tylko z jednym – studniówką. Zapewne tegoroczna zabawa się nie odbędzie, a przynajmniej nie w takiej formie jak zazwyczaj. Niestety nie osłodzę wam życia w tej gorzkiej, pandemicznej rzeczywistości, w której zabrakło miejsca na bal.

Nie przywrócę magii tej niesamowitej nocy, ale polecę film, przy którym możecie robić to, co na studniówce – śpiewać, tańczyć i jeść pyszności. Oficjalny strój nie jest wymagany, a rozciągnięty sweter i koc nawet wskazany. Przygotujcie swoje mięśnie twarzy na wzmożony wysiłek, bo uśmiech może was nie opuszczać przez (prawie) cały seans.

źródło: letsgotothemovies.co.uk

Mowa tutaj oczywiście o „The Prom”, jednej najnowszych produkcji Netflixa, która swoją premierę miała 4 grudnia 2020 roku. To filmowa adaptacja spektaklu wystawianego na Broadway’u pod tym samym tytułem. Reżyserem musicalu jest Ryan Murphy, który w swoim dorobku ma również takie produkcje jak „American Horror Story” i „Glee”. Jeżeli ktoś z was zapoznał się choć z jednym odcinkiem wcześniej wymienionych seriali, może się spodziewać, że „The Prom” będzie kolejnym udanym dziełem Murphy’ego.

Gwiazdy nie tylko na niebie

Obsadę musicalu można określić jednym słowem – gwiazdorska. Rola Dee Dee Allen – trafiła do Meryl Streep, zdobywczyni trzech Oscarów i aż dziewięciu Złotych Globów. Niejednokrotnie udowodniła, że jest nie tylko doskonałą aktorką, ale również może się pochwalić mocnym i intrygującym wokalem. W postać Angie Dickinson wciela się Nicole Kidman. To kolejna niezwykle utalentowana aktorka, której możliwości mogliśmy zobaczyć w filmie „Godziny”. Została doceniona przez krytyków i zdobyła Oscara za kreację Virginii Woolf. Obok dwóch pięknych kobiet pojawia się James Corden, odtwórca roli Barry’ego Glickman’a oraz Andrew Rannells wcielający się w postać Trenta Olivera.

źródło: tvline.com

W słusznej sprawie

 Subskrybenci Netflixa zostali już przyzwyczajeni do produkcji, w których bardzo często pojawia się wątek LGBTQ+. Mając na oku dorobek Ryana, można się domyślić, że jego współpraca z największą telewizja internetową zaowocuje filmem, którego główny wątek będzie kręcił się wokół tego środowiska. Historia ukazana w musicalu jest jednak przedstawiona w bardzo delikatny i nienachalny sposób. Ryan Murphy wziął na tapet bardzo ważną kwestię, która dzieli społeczeństwo. Jest nią homofobia.

 „The Prom” opowiada historię Emmy (Jo Ellen Pellman) – na pozór zwykłej uczennicy liceum. Jej sytuacja komplikuje się w momencie, w którym chce zaprosić swoją dziewczynę na bal maturalny. Okazuje się, że odmienna orientacja seksualna przeszkadza części społeczności Indiany. Konflikt między władzami szkoły a rodzicami narasta, przez co zapada decyzja o odwołaniu całej imprezy. Na pomoc Emmie rusza czwórka aktorów teatralnych prosto z Nowego Jorku. Ich obecność i działalność w Edgewater wywołuje wielką falę niespodziewanych wydarzeń.

źródło: productplacementblog.com

Typowy, znaczy dobry

Jak na porządny musical przystało, „The Prom” jest pełen kolorów, brokatu i przede wszystkim dobrej muzyki. Typowa estetyka filmów muzycznych jest bowiem atutem. Naprowadza widza w na odpowiednie tory, które umożliwią mu dojazd do stacji katharsis. Aktorzy podołali wokalnemu wyzwaniu, dzięki czemu piosenki wpadają w ucho. Warto w tym momencie wspomnieć o choreografii, która odegrała w produkcji niemałą rolę. Odpowiada za nią Mattchew Libatique, który został nominowany do Oscara za zdjęcia do filmu „Narodziny Gwiazdy” oraz „Czarny łabędź” (w którym również ułożył choreografię).

 Film Murphy’ego to jedna z tych produkcji, które zostają w pamięci na dłużej tak jak nasza studniówka. Mam nadzieję, że wszystkim tegorocznym maturzystom uda się uczestniczyć w balu i będą mogli zbudować własne wspomnienia. Jeżeli nie, „The Prom” czeka na was na Netflixie.